Z moich subiektywnych obserwacji wynika, że była to najsłabsza edycja tego festiwalu i nawet nie jest to niespodzianka, bo tendencję spadkową tej imprezy dostrzegam już od dobrych kilku lat. Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie wiele osób bawiło się jak co roku świetnie, za rok planują przyjechać znowu, a po przeczytaniu moich słów "najsłabsza edycja" mogą te osoby wyrazić oburzenie. Skąd zatem moja opinia i co z tym może być dalej?
POCZĄTKI
Kino Na Granicy po raz pierwszy odbyło się w roku 1999 i było pewnie dużym wyzwaniem dla organizatorów. Polska i Czechy nie należały jeszcze do UE, na mostach granicznych odbywały się drobiazgowe kontrole, a działająca kontrabanda nadawała tym kontrolom powagi. Internet był wynalazkiem, z którego korzystała niewielka garstka wykształconych w tym kierunku informatyków i może odrobinę większa garstka małoletnich fanatyków zapełniających kafejki internetowe. Telefonia komórkowa była luksusem dla zamożnych, a o takich rzeczach jak mapy google czy media społecznościowe to nikt nie słyszał. Filmy kinowe kręcono na taśmie celuloidowej i na takiej też taśmie je odtwarzano. Jakość cyfrowa była już znana, ale narzędzie to było powszechnie traktowane jako niegodne wielkiego ekranu. W takich warunkach zorganizowanie dużego wydarzenia kulturalnego czy rozrywkowego, które ściągnęłoby do miasta szerokie grono uczestników z obu stron Olzy było odważnym ruchem, a przygotowanie polskich filmów z czeskim tłumaczeniem i czeskich filmów z polskim tłumaczeniem było bardzo szlachetne i rozwijające, ale też logistycznie i technicznie bardzo wymagające. Można więc śmiało chylić czoła przed każdym kto się na to zdecydował.
Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat i odliczałem dni do egzaminów maturalnych więc nie zaprzątałem sobie głowy kinem, ale od początku bardzo kibicowałem tej inicjatywie. Od kilku lat wcześniej działał bowiem w Cieszynie festiwal teatralny o bardzo podobnej nazwie, który wnosił wiele kolorytu w życie miasta i każda kolejna tego typu inicjatywa dawała nadzieję na dalszy rozwój grodu nad Olzą w stronę kultury, ambitnej rozrywki i burzenia podziałów utworzonych przez granicę. Co więcej, teatr z mojego nastoletniego punktu widzenia jawił się jako pewna forma patosu, konieczności wyprasowania koszuli i stosowania się do salonowej etykiety, kino natomiast było symbolem luzu, naciągniętego spranego t-shirtu, adidasów na nogach i żucia gumy. Nawet popcorn jako element kinowego anturażu nie kojarzył się jeszcze źle bo przecież w Polsce ani w Czechach nie było jeszcze multikin, znaliśmy go więc jedynie jako symbol amerykańskiej kultury popularnej, do której mieliśmy niewielki dostęp. Ucieszyło mnie więc bardzo, że ktoś wpadł na pomysł na pomysł takiej szałowej młodzieżowej inicjatywy w moim mieście. Nie wiedziałem zupełnie kto to był i w jakich okolicznościach do tego doszło, dopiero kilka lat później dowiedziałem się, że była to inicjatywa Jolanty Dygoś, a kolejne wiele lat później różne współpracujące z nią osoby zaczęły opowiadać mi o szczegółach idei całego festiwalowego przedsięwzięcia i produkcji tego wydarzenia.
GUTEK
Kilka lat później do Cieszyna zawitała inna, znacznie większa impreza filmowa. Organizowany przez firmę Gutek Film festiwal Nowe Horyzonty gościł u nas według Wikipedii i oficjalnej strony festiwalu, w latach 2002-2005, ale ja mam nieodparte wrażenie, że były to lata 2003-2005. Nie ma to jednak większego znaczenia, ważniejszy jest fakt, że impreza ta wywróciła Cieszyn do góry nogami. Na pierwszą edycję zjechało się tak dużo osób, że problem był nie tylko z miejscami noclegowymi i stolikami w kawiarniach czy restauracjach, ale także z dostępnością pieczywa w sklepach czy dostępem do innych produktów pierwszej potrzeby. Cieszyńscy sklepikarze, restauratorzy, taksówkarze i inni drobni przedsiębiorcy zarobili więc te przysłowiowe miliony monet, a na kolejne roczniki przygotowywali się już szykując zapasy kilkukrotnie większe niż zwykle i zatrudniając dodatkowe osoby do pomocy.
Naturalną konsekwencją tego wydarzenia było oczywiście pozorne zdegradowanie Kina Na Granicy do rangi lokalnego przeglądu dla garstki fanatyków czeskiego kina w Polsce czy polskiego kina w Czechach. Ostatecznie jednak festiwal Nowe Horyzonty przeniósł się do Wrocławia w atmosferze lekkiego skandalu, a Kino Na Granicy pozostało w Cieszynie. Dlaczego Gutek się przeniósł? Po części dlatego, że organizatorzy nie potrafili dogadać odpowiednich warunków współpracy z władzami miasta, ale też po części dlatego, że aspiracje i ambicje organizatorów były rzeczywiście wyższe niż możliwości logistyczne infrastruktury naszego miasta. Paradoksalnie jednak, poprzez swoją cieszyńską przygodę, Gutek dał Kinu Na Granicy ogromny prezent, bo pokazał nasze miasto wszystkim polskim fanom ambitnego kina, a oni tęskniąc za cieszyńską atmosferą zaczęli się interesować innymi wydarzeniami nad Olzą, które mogłyby ich zaciekawić, no i w ten sposób Kino Na Granicy zyskało tak wielki przypływ nowych uczestników, jakiego wcześniej ani później nie były w stanie wypracować żadne działania marketingowe. Małym minusem tego był tylko fakt, że mówimy tu jedynie o widzach z Polski, którzy od tego czasu zdominowali festiwalową publiczność stanowiąc wśród Czechów i Słowaków, na moje oko ponad 80, czy nawet 90 procent gości i po dzień dzisiejszy nigdy się ta tendencja nie zmieniła.
SPADEK PO GUTKU
Splotem różnych wydarzeń w roku 2005 poznałem osobiście Jolantę Dygoś, która zrobiła na mnie duże pozytywne wrażenie jako osoba ambitna, mocno zaangażowana w swoje dzieło, obyta w świecie kultury i pozytywnie nastawiona do ludzi. Był to dla mnie impuls żeby jeszcze bardziej kibicować Kinu Na Granicy, trzymać kciuki za rozwój tego wydarzenia, a w ramach swoich skromnych możliwości pomagać czy przynajmniej podpowiadać jakie działania mogłyby na ten rozwój wpłynąć. Miałem wtedy ciekawą możliwość porównania, bo równolegle mój serdeczny kolega organizował w centralnych Czechach duży festiwal muzyczny o podobnym budżecie. Różnica była jednak taka, że on budował ten budżet w oparciu o sponsorów komercyjnych, którym inwestycja we wsparcie festiwalu miała przełożyć się bezpośrednio na dobrze ukierunkowaną reklamę i w konsekwencji zysk, a drugą częścią składową budżetu były pieniądze z biletów wstępu, z podnajmu powierzchni pod punkty handlowe, ze sprzedaży gadżetów promujących festiwal czy nawet z działalności własnych punktów gastronomicznych na terenie festiwalu. W przeciwieństwie do tego, budżet Kina Na Granicy był budowany głównie w oparciu o dotacje ze środków publicznych i sprzedaż karnetów. Komercyjnych sponsorów było niewielu, a ich zaangażowanie było bardziej gestem wsparcia szlachetnej idei i budowania swojego wizerunku mecenasa kultury niż chęci pozyskania klientów wśród festiwalowej publiczności. Gadżetów promocyjnych też było niewiele i bardziej był nacisk kładziony na darmowe dystrybuowanie ich pomiędzy gośćmi specjalnymi, a sprzedaż zarobkowa nie była traktowana priorytetowo. Niezrozumiałą dla mnie praktyką były też zaporowe ceny wstępu na koncerty i wydarzenia towarzyszące festiwalowi, które raczej nie tworzyły dodatkowego źródła zysku, tylko bardziej zniechęcały "ludzi z miasta" do aktywnego uczestnictwa w życiu festiwalowym. Niektóre osoby związane z festiwalem mówiły, że było to działanie zamierzone, ale pozostawię to jako miejską legendę.
Nie ma co ukrywać, był to najlepszy moment żeby zmienić ten układ części składowych budżetu. Festiwal zyskał sobie status imprezy wyższej rangi, liczba uczestników nabrała charakteru masowego, można więc było podjąć takie działania żeby zacząć zarabiać prawdziwe pieniądze i móc się odciąć od konieczności pozyskiwania pieniędzy ze środków publicznych. Ja zawsze byłem zdania, że naturalną tendencją jest chęć działania w sposób wypracowujący zysk, a o dofinansowanie można się starać tylko w sytuacji kiedy prowadzi się działalność, która nie jest w stanie zarobić na swoje koszty, a jednocześnie jest na tyle szlachetna, że samo jej funkcjonowanie jest wystarczającą wartością dodaną dla społeczeństwa. Wiele lat obserwacji przekonało mnie jednak o tym, że filozofia biznesu organizatorów Kina Na Granicy jest inna niż moja i źródło pochodzenia pieniędzy ma tu znaczenie drugorzędne, a najważniejsze jest żeby zrealizować swoje ambicje i stworzyć wrażenie, słuszne lub błędne, że jakąś potrzebę społeczną się zaspokaja. Jedna koleżanka związana z festiwalem powiedziała mi kiedyś, że od ponad dziesięciu lat liczba uczestników z roku na rok spada, ale za to z roku na rok wzrasta liczba rozdawanych darmowych akredytacji. Nie wiem na ile jej słowa były prawdą, ale jeśli rzeczywiście by tak było, to nie byłoby to dla mnie niespodzianką.
REWOLUCJA CYFROWA
Trudno tego nie zauważyć, że ostatnie ćwierćwiecze diametralnie zmieniło możliwości odbioru wszelkich form audiowizualnych, w tym filmów kinowych. W roku 1999 byliśmy przyzwyczajeni do tego, że naturalna droga dystrybucji każdego dobrego filmu rozpoczynała się w kinach, później prowadziła przez kasety VHS, a jej zwieńczeniem była emisja telewizyjna. Czasami któryś z tych trzech etapów nie był opłacalny dla dystrybutora więc niektóre filmy przechodziły tylko przez dwa etapy lub nawet jeden, a wiele produkcji zupełnie nie trafiało do dystrybucji na takim czy innym rynku. Tak właśnie było z wieloma czeskimi filmami na rynku polskim i z wieloma polskimi filmami na rynku czeskim, w związku z czym cieszyński festiwal był często jedynym miejscem gdzie można było zobaczyć te filmy w zrozumiałej dla siebie wersji językowej. Z czasem jednak Internet zaczął sobie zawłaszczać coraz szerszą gamę możliwości dystrybucyjnych aż doszliśmy do stanu dzisiejszego, kiedy możemy sobie w każdej chwili obejrzeć niemal wszystkie filmy jakie się ukazały kiedykolwiek na świecie, a jeśli któryś nie był przetłumaczony na nasz język to istnieje szereg ogólnodostępnych narzędzi żeby sobie takie tłumaczenie wygenerować w warunkach domowych. Oglądać te filmy możemy nie tylko w telewizorze, ale także na ścianie swojego domu poprzez rzutnik multimedialny, na ekranie komputera, telefonu, zegarka czy w zagłówku foteli samochodowych. Jest to niesłychane spektrum możliwości, ale ceną jaką za to płacimy jest degradacja tradycyjnych źródeł odbioru. Klasyczna telewizja jest dzisiaj oglądana głównie przez starych ludzi ze starymi nawykami, kasety VHS nie istnieją, a ich następca, czyli płyta DVD, jest tylko kolekcjonerskim trofeum dla garstki maniaków.
Jak ma się do tego kino? Nie ma się dobrze. Multikina stały się miejscem rozrywki rodzinnej gdzie największa waga przywiązywana jest do najbardziej kasowych tytułów, a mniejsze sale kinowe z wyższymi ambicjami repertuarowymi muszą walczyć o klienta rywalizując nie tylko z serwisami streamingowymi, ale także z szerokim wachlarzem wszelakiej rozrywki oferowanej przez inne obiekty kulturalne, gastronomiczne czy sportowe. Każdy potencjalny widz seansu kinowego zastanawia się dzisiaj czy chce iść na dany film, czy może woli w tym czasie iść pograć w tenisa, posłuchać koncertu rockowego czy potańczyć na zajęciach z salsy, a film zobaczyć w bliżej nieokreślonym terminie na jednym z kilkunastu ekranów w swoim domu. Z tego też powodu w jakimś momencie odpadło spore grono festiwalowiczów, którzy już nie wrócą. Trzeba zatem skupiać się na tych, którzy przyjeżdżają nie ze względu na unikalną szansę zobaczenia jakiegoś filmu, tylko ze względu na atmosferę, klimat miejsca, możliwość spotkania twórców i aktorów, czy też bezpośrednią możliwość skonfrontowania swoich emocji z innymi widzami poszczególnych seansów.
KOSZTY ŻYCIA
Pierwsze edycje festiwalu przyciągały do Cieszyna ludzi także z innego powodu. Mieszkańcy Warszawy i innych dużych miast polskich byli przez Cieszyn kuszeni niskimi cenami. Gastronomia w Czechach była wtedy znacząco tańsza niż w Polsce, a lokale po polskiej stronie miasta chcąc być konkurencyjnymi nie mogły sobie pozwalać na wysokie marże. Jednocześnie estetyka cieszyńskich lokali nie odbiegała znacząco od standardów wielkich miast i w miarę podążała za panującymi trendami. Efekt tego był taki, że na cieszyńskim rynku można było zjeść, napić się czy po prostu posiedzieć przy kawiarnianym stoliku ciesząc się taką atmosferą jak w podobnym miejscu w Krakowie, a jednocześnie płacić za to o połowę mniej czy nawet jeszcze mniej.
Sytuacja ta również zmieniła się na przestrzeni czasów. Na skutek wahań kursów walut i integracji w ramach UE w dużej mierze wyrównały się ceny w Polsce i Czechach, a poprzez duży wzrost cen energii i kosztów pracowniczych również wyrównały się ceny pomiędzy małymi a dużymi miastami. Oczywiście w dużych miastach znajdziemy też snobistyczne lokale jakich w Cieszynie się nie uświadczy, ale w przeciętnej klasy kawiarni czy restauracji, większość oferowanych dań i napojów nie jest znacząco droższa niż w Cieszynie. Efekt ładnego i taniego miasteczka przestał już kusić. Co więcej, zdarzały się nawet sytuacje, że właściciele cieszyńskich lokali podnosili ceny specjalnie na czas festiwalu, albo w bardziej miękkiej formie, planowane od dawna podwyżki cen wprowadzali akurat przed rozpoczęciem festiwalu. Widząc takie sytuacje często się oburzałem i próbowałem tłumaczyć, że nie tędy droga, bo jeśli ci ludzie odwiedzają nas kuszeni niskimi cenami, to przestaną przyjeżdżać jeśli te odwiedziny będą droższe. Niewiele te tłumaczenia dawały bo wizja szybkiego zysku była silniejsza niż chęć budowania sobie stałych klientów na lata. Na dzień dzisiejszy pocieszającym może być jedynie fakt, że w wielu zawodach w Polsce i w Czechach zarabia się obecnie bardzo dobrze, przez co ludzie stali się bardziej spontaniczni w wydawaniu pieniędzy i kwestia oszczędności przy wyjazdowych wydatkach nie jest już dla nich tak ważna jak kiedyś.
POLITYKA, IDEOLOGIA I "DZIWAKI"
W czasach początków Kina Na Granicy nie było jeszcze popularne słowo "hipster", ale każdy w Cieszynie był zgodny w twierdzeniu, że festiwalowi goście noszą się specyficznie, przez co rzucają się w oczy z daleka. Jednym się to podobało bo nadawało cieszyńskim ulicom charakteru wielkomiejskiego, a drugich drażniło to manifestowanie własnej inności. Jedni i drudzy próbowali pod tym kątem porównywać festiwal do innej popularnej w Cieszynie imprezy, czyli Święta Trzech Braci. Zwolennicy mówili, że ŚTB jest dla wieśniaków, a KNG dla ludzi na poziomie, przeciwnicy natomiast mówili, że ŚTB jest dla normalnych ludzi, a KNG dla dziwaków, czy delikatniej mówiąc, ekscentryków. Jeśli ktoś lubił bawić się na obu tych imprezach, to automatycznie był obrażany przez obie te grupy. O ile jednak łatka pogardliwie widzianej plebejskości pozostała przy Święcie Trzech Braci po dzień dzisiejszy, o tyle społeczność miasta Cieszyna na przestrzeni lat zmieniała swoje nastawienie do festiwalowych gości. Najpierw ta zmiana szła w bardzo pozytywnym kierunku, Cieszyn zaczął się oswajać z gośćmi festiwalu, akceptować ich nietypowe elementy ubioru, dodatki i fryzury. Zrozumiały powszechnie stał się fakt, że ludzie o artystycznym zacięciu chcą się wyróżniać, a w takim miejscu jak festiwal tym bardziej lubią się pokazać z kreatywnej strony. Dużą rolę w tym oswajaniu odgrywało środowisko osób związanych z cieszyńskim zamkiem, a kiedy pojawiło się słowo "hipster" to można było już sobie ich nazwać, zaszufladkować, wpisać jako jeden z elementów społeczeństwa i jakoś z tym żyć. W ciągu ostatniej dekady zauważyłem jednak inną tendencję, która nie jest już taka pozytywna.
Nie jest tajemnicą, że w Polsce od roku 2005, a jeszcze bardziej od 2015 trwa spór polityczny, w który emocjonalnie zaangażowana jest znaczna większość społeczeństwa. Dawny podział na postkomunistów i postsolidarnościowców został już zapomniany, a jego miejsce zajął nowy podział dyktowany przez dwie największe partie polityczne o podobnym, a nawet niemal wspólnym rodowodzie, których działacze w wielu przypadkach we własnym interesie przechodzą z jednej z tych partii do drugiej. Nie zmienia to faktu, że każda z tych partii umacnia swój elektorat w niechęci i pogardzie do tej drugiej, a używa do tego przychylnych sobie mediów, znanych ludzi i wszelkich narzędzi jakie są dostępne w socjotechnice. Smutnym jest fakt, że wpisanie się w ten podział nie ominęło również Kina Na Granicy. Na obronę organizatorki muszę zauważyć, że zrozumiałym jest fakt trzymania się tej strony sporu, z której ma się więcej kontaktów osobistych, czuje się większe zrozumienie wśród liderów tej strony, a co za tym idzie, liczy się na większą łatwość w pozyskiwaniu środków, na których opiera się budżet festiwalu. Moim jednak zdaniem dałoby się to robić przy bardziej neutralnej narracji w okołofestiwalowej publicystyce, kluczu zapraszania gości specjalnych czy budowaniu medialnego wizerunku wydarzenia. Od kilku lat odczuwam wrażenie, że festiwal jest nadmiernie upolityczniony i nachalnie forsuje jedną ze spierających się w Polsce narracji politycznych i społecznych, co jest szkodliwe nie tylko ze względu na budowanie wspólnej społeczności z gośćmi zza Olzy, ale także szkodzi to wizerunkowi festiwalu wśród wielu fanów dobrego kina w Polsce. Co więcej, moim zdaniem dzisiejsza mowa ciała spacerujących po Cieszynie gości Kina Na Granicy nie jest manifestacją własnej inności i artystycznej duszy, ale znacznie częściej jest ostentacyjną manifestacją swojego stanowiska w sporze politycznym i budowanej przez to stanowisko tożsamości społecznej.
NO I CO?
Chciałoby się powiedzieć "no i nic", bo żadne z opisanych wyżej zjawisk nie jest czymś co mogłoby zabić Kino Na Granicy, ale jednak wszystkie te zjawiska połączone ze sobą dają taki efekt, że coraz więcej osób obserwujących festiwal mówi o tendencji spadkowej czy nawet o pikowaniu w dół. Kilka lat temu w czasie trwania festiwalu moje media społecznościowe były przepełnione zdjęciami i treściami bliższych czy dalszych znajomych, którzy korzystali z festiwalowej oferty, a tym razem przez cały czas trwania festiwalu wyświetliły mi się posty na jego temat tylko od dwóch osób, z czego obie te osoby zarabiają współpracując z festiwalem więc w ich interesie jest nagłaśnianie tego wydarzenia. W moim sklepie z pamiątkami goście festiwalu stanowili mniejszość wśród innych klientów, którzy po prostu przyjechali do Cieszyna na długi weekend. Ja sam też nie czułem jakiejś specjalnej potrzeby uczestnictwa w okołofestiwalowych wydarzeniach. Nie dotarło również do Cieszyna kilkoro moich znajomych, którzy bywali tu każdego roku.
Czy festiwal umrze w takim razie śmiercią naturalną? Czy miasto powinno przestać go finansować? Moim zdaniem jeszcze nie, cały czas bowiem jest to wydarzenie nadające przestrzeni miejskiej wiele pozytywnej energii i kolorytu, ale warto obserwować jego rozwój i rozmawiać o tym co idzie w dobrą stronę, a co niekoniecznie. Wydaje mi się, że dobrym punktem jest rozwijająca się od kilku lat inicjatywa "Literatura Na Granicy" która rozszerza formułę festiwalu na coś więcej niż tylko film. Co prawda widzę tu stanowczo zbyt mało transgraniczności, ale jestem dobrej myśli i wierzę, że to też się jeszcze zmieni. Tak czy inaczej, trzeba liczyć się z tym, że najlepsze lata festiwal ma już za sobą, a za kilka lat z różnych powodów jego kolejne edycje mogą być zawieszone na jakiś czas bądź nawet na zawsze. Nikt chyba nie chce żeby do tego doszło, ale jeśli byłoby to nieuniknione, to warto byłoby też myśleć nad tym, jakim innym wydarzeniem dałoby się na miejsce KNG wypełnić cieszyńskie ulice w kolejne pierwszomajowe weekendy. Póki co, cieszmy się jeszcze tym co mamy, a w pofestiwalowy poniedziałek ponarzekajmy sobie na opustoszałe miasto, w którym brakuje tylko rzucanej przez wiatr pustynnej roślinności, bo nie wiem jak wy, ale jak od zawsze po zakończeniu festiwalu miałem takie wrażenie.
P.S. Nie brałem oczywiście pod uwagę tych edycji festiwalu, które trafiły na czas pandemiczny, no i rozumiem również, że każdy rocznik ma swoją specyfikę związaną z tym jak danego roku rozstawione są w tygodniu dni wolne od pracy, co dodatkowo jest ważne w kontekście atrakcyjności imprezy w innym stopniu w Polsce, a w innym w Czechach, gdzie wolny od pracy jest tylko jeden dzień, pierwszy maja.