niedziela, 3 maja 2026

KINO NA GRANICY - GDY OPADNIE KURZ

   


   Z moich subiektywnych obserwacji wynika, że była to najsłabsza edycja tego festiwalu i nawet nie jest to niespodzianka, bo tendencję spadkową tej imprezy dostrzegam już od dobrych kilku lat. Nie zmienia to jednak faktu, że pewnie wiele osób bawiło się jak co roku świetnie, za rok planują przyjechać znowu, a po przeczytaniu moich słów "najsłabsza edycja" mogą te osoby wyrazić oburzenie. Skąd zatem moja opinia i co z tym może być dalej?

POCZĄTKI

   Kino Na Granicy po raz pierwszy odbyło się w roku 1999 i było pewnie dużym wyzwaniem dla organizatorów. Polska i Czechy nie należały jeszcze do UE, na mostach granicznych odbywały się drobiazgowe kontrole, a działająca kontrabanda nadawała tym kontrolom powagi. Internet był wynalazkiem, z którego korzystała niewielka garstka wykształconych w tym kierunku informatyków i może odrobinę większa garstka małoletnich fanatyków zapełniających kafejki internetowe. Telefonia komórkowa była luksusem dla zamożnych, a o takich rzeczach jak mapy google czy media społecznościowe to nikt nie słyszał. Filmy kinowe kręcono na taśmie celuloidowej i na takiej też taśmie je odtwarzano. Jakość cyfrowa była już znana, ale narzędzie to było powszechnie traktowane jako niegodne wielkiego ekranu. W takich warunkach zorganizowanie dużego wydarzenia kulturalnego czy rozrywkowego, które ściągnęłoby do miasta szerokie grono uczestników z obu stron Olzy było odważnym ruchem, a przygotowanie polskich filmów z czeskim tłumaczeniem i czeskich filmów z polskim tłumaczeniem było bardzo szlachetne i rozwijające, ale też logistycznie i technicznie bardzo wymagające. Można więc śmiało chylić czoła przed każdym kto się na to zdecydował. 

   Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat i odliczałem dni do egzaminów maturalnych więc nie zaprzątałem sobie głowy kinem, ale od początku bardzo kibicowałem tej inicjatywie. Od kilku lat wcześniej działał bowiem w Cieszynie festiwal teatralny o bardzo podobnej nazwie, który wnosił wiele kolorytu w życie miasta i każda kolejna tego typu inicjatywa dawała nadzieję na dalszy rozwój grodu nad Olzą w stronę kultury, ambitnej rozrywki i burzenia podziałów utworzonych przez granicę. Co więcej, teatr z mojego nastoletniego punktu widzenia jawił się jako pewna forma patosu, konieczności wyprasowania koszuli i stosowania się do salonowej etykiety, kino natomiast było symbolem luzu, naciągniętego spranego t-shirtu, adidasów na nogach i żucia gumy. Nawet popcorn jako element kinowego anturażu nie kojarzył się jeszcze źle bo przecież w Polsce ani w Czechach nie było jeszcze multikin, znaliśmy go więc jedynie jako symbol amerykańskiej kultury popularnej, do której mieliśmy niewielki dostęp. Ucieszyło mnie więc bardzo, że ktoś wpadł na pomysł na pomysł takiej szałowej młodzieżowej inicjatywy w moim mieście. Nie wiedziałem zupełnie kto to był i w jakich okolicznościach do tego doszło, dopiero kilka lat później dowiedziałem się, że była to inicjatywa Jolanty Dygoś, a kolejne wiele lat później różne współpracujące z nią osoby zaczęły opowiadać mi o szczegółach idei całego festiwalowego przedsięwzięcia i produkcji tego wydarzenia. 

GUTEK

   Kilka lat później do Cieszyna zawitała inna, znacznie większa impreza filmowa. Organizowany przez firmę Gutek Film festiwal Nowe Horyzonty gościł u nas według Wikipedii i oficjalnej strony festiwalu, w latach 2002-2005, ale ja mam nieodparte wrażenie, że były to lata 2003-2005. Nie ma to jednak większego znaczenia, ważniejszy jest fakt, że impreza ta wywróciła Cieszyn do góry nogami. Na pierwszą edycję zjechało się tak dużo osób, że problem był nie tylko z miejscami noclegowymi i stolikami w kawiarniach czy restauracjach, ale także z dostępnością pieczywa w sklepach czy dostępem do innych produktów pierwszej potrzeby. Cieszyńscy sklepikarze, restauratorzy, taksówkarze i inni drobni przedsiębiorcy zarobili więc te przysłowiowe miliony monet, a na kolejne roczniki przygotowywali się już szykując zapasy kilkukrotnie większe niż zwykle i zatrudniając dodatkowe osoby do pomocy. 

   Naturalną konsekwencją tego wydarzenia było oczywiście pozorne zdegradowanie Kina Na Granicy do rangi lokalnego przeglądu dla garstki fanatyków czeskiego kina w Polsce czy polskiego kina w Czechach. Ostatecznie jednak festiwal Nowe Horyzonty przeniósł się do Wrocławia w atmosferze lekkiego skandalu, a Kino Na Granicy pozostało w Cieszynie. Dlaczego Gutek się przeniósł? Po części dlatego, że organizatorzy nie potrafili dogadać odpowiednich warunków współpracy z władzami miasta, ale też po części dlatego, że aspiracje i ambicje organizatorów były rzeczywiście wyższe niż możliwości logistyczne infrastruktury naszego miasta. Paradoksalnie jednak, poprzez swoją cieszyńską przygodę, Gutek dał Kinu Na Granicy ogromny prezent, bo pokazał nasze miasto wszystkim polskim fanom ambitnego kina, a oni tęskniąc za cieszyńską atmosferą zaczęli się interesować innymi wydarzeniami nad Olzą, które mogłyby ich zaciekawić, no i w ten sposób Kino Na Granicy zyskało tak wielki przypływ nowych uczestników, jakiego wcześniej ani później nie były w stanie wypracować żadne działania marketingowe. Małym minusem tego był tylko fakt, że mówimy tu jedynie o widzach z Polski, którzy od tego czasu zdominowali festiwalową publiczność stanowiąc wśród Czechów i Słowaków, na moje oko ponad 80, czy nawet 90 procent gości i po dzień dzisiejszy nigdy się ta tendencja nie zmieniła. 

SPADEK PO GUTKU

   Splotem różnych wydarzeń w roku 2005 poznałem osobiście Jolantę Dygoś, która zrobiła na mnie duże pozytywne wrażenie jako osoba ambitna, mocno zaangażowana w swoje dzieło, obyta w świecie kultury i pozytywnie nastawiona do ludzi. Był to dla mnie impuls żeby jeszcze bardziej kibicować Kinu Na Granicy, trzymać kciuki za rozwój tego wydarzenia, a w ramach swoich skromnych możliwości pomagać czy przynajmniej podpowiadać jakie działania mogłyby na ten rozwój wpłynąć. Miałem wtedy ciekawą możliwość porównania, bo równolegle mój serdeczny kolega organizował w centralnych Czechach duży festiwal muzyczny o podobnym budżecie. Różnica była jednak taka, że on budował ten budżet w oparciu o sponsorów komercyjnych, którym inwestycja we wsparcie festiwalu miała przełożyć się bezpośrednio na dobrze ukierunkowaną reklamę i w konsekwencji zysk, a drugą częścią składową budżetu były pieniądze z biletów wstępu, z podnajmu powierzchni pod punkty handlowe, ze sprzedaży gadżetów promujących festiwal czy nawet z działalności własnych punktów gastronomicznych na terenie festiwalu. W przeciwieństwie do tego, budżet Kina Na Granicy był budowany głównie w oparciu o dotacje ze środków publicznych i sprzedaż karnetów. Komercyjnych sponsorów było niewielu, a ich zaangażowanie było bardziej gestem wsparcia szlachetnej idei i budowania swojego wizerunku mecenasa kultury niż chęci pozyskania klientów wśród festiwalowej publiczności. Gadżetów promocyjnych też było niewiele i bardziej był nacisk kładziony na darmowe dystrybuowanie ich pomiędzy gośćmi specjalnymi, a sprzedaż zarobkowa nie była traktowana priorytetowo. Niezrozumiałą dla mnie praktyką były też zaporowe ceny wstępu na koncerty i wydarzenia towarzyszące festiwalowi, które raczej nie tworzyły dodatkowego źródła zysku, tylko bardziej zniechęcały "ludzi z miasta" do aktywnego uczestnictwa w życiu festiwalowym. Niektóre osoby związane z festiwalem mówiły, że było to działanie zamierzone, ale pozostawię to jako miejską legendę. 
  
   Nie ma co ukrywać, był to najlepszy moment żeby zmienić ten układ części składowych budżetu. Festiwal zyskał sobie status imprezy wyższej rangi, liczba uczestników nabrała charakteru masowego, można więc było podjąć takie działania żeby zacząć zarabiać prawdziwe pieniądze i móc się odciąć od konieczności pozyskiwania pieniędzy ze środków publicznych. Ja zawsze byłem zdania, że naturalną tendencją jest chęć działania w sposób wypracowujący zysk, a o dofinansowanie można się starać tylko w sytuacji kiedy prowadzi się działalność, która nie jest w stanie zarobić na swoje koszty,  a jednocześnie jest na tyle szlachetna, że samo jej funkcjonowanie jest wystarczającą wartością dodaną dla społeczeństwa. Wiele lat obserwacji przekonało mnie jednak o tym, że filozofia biznesu organizatorów Kina Na Granicy jest inna niż moja i źródło pochodzenia pieniędzy ma tu znaczenie drugorzędne, a najważniejsze jest żeby zrealizować swoje ambicje i stworzyć wrażenie, słuszne lub błędne, że jakąś potrzebę społeczną się zaspokaja. Jedna koleżanka związana z festiwalem powiedziała mi kiedyś, że od ponad dziesięciu lat liczba uczestników z roku na rok spada, ale za to z roku na rok wzrasta liczba rozdawanych darmowych akredytacji. Nie wiem na ile jej słowa były prawdą, ale jeśli rzeczywiście by tak było, to nie byłoby to dla mnie niespodzianką. 

REWOLUCJA CYFROWA

   Trudno tego nie zauważyć, że ostatnie ćwierćwiecze diametralnie zmieniło możliwości odbioru wszelkich form audiowizualnych, w tym filmów kinowych. W roku 1999 byliśmy przyzwyczajeni do tego, że naturalna droga dystrybucji każdego dobrego filmu rozpoczynała się w kinach, później prowadziła przez kasety VHS, a jej zwieńczeniem była emisja telewizyjna. Czasami któryś z tych trzech etapów nie był opłacalny dla dystrybutora więc niektóre filmy przechodziły tylko przez dwa etapy lub nawet jeden, a wiele produkcji zupełnie nie trafiało do dystrybucji na takim czy innym rynku. Tak właśnie było z wieloma czeskimi filmami na rynku polskim i z wieloma polskimi filmami na rynku czeskim, w związku z czym cieszyński festiwal był często jedynym miejscem gdzie można było zobaczyć te filmy w zrozumiałej dla siebie wersji językowej. Z czasem jednak Internet zaczął sobie zawłaszczać coraz szerszą gamę możliwości dystrybucyjnych aż doszliśmy do stanu dzisiejszego, kiedy możemy sobie w każdej chwili obejrzeć niemal wszystkie filmy jakie się ukazały kiedykolwiek na świecie, a jeśli któryś nie był przetłumaczony na nasz język to istnieje szereg ogólnodostępnych narzędzi żeby sobie takie tłumaczenie wygenerować w warunkach domowych. Oglądać te filmy możemy nie tylko w telewizorze, ale także na ścianie swojego domu poprzez rzutnik multimedialny, na ekranie komputera, telefonu, zegarka czy w zagłówku foteli samochodowych. Jest to niesłychane spektrum możliwości, ale ceną jaką za to płacimy jest degradacja tradycyjnych źródeł odbioru. Klasyczna telewizja jest dzisiaj oglądana głównie przez starych ludzi ze starymi nawykami, kasety VHS nie istnieją, a ich następca, czyli płyta DVD, jest tylko kolekcjonerskim trofeum dla garstki maniaków. 

   Jak ma się do tego kino? Nie ma się dobrze. Multikina stały się miejscem rozrywki rodzinnej gdzie największa waga przywiązywana jest do najbardziej kasowych tytułów, a mniejsze sale kinowe z wyższymi ambicjami repertuarowymi muszą walczyć o klienta rywalizując nie tylko z serwisami streamingowymi, ale także z szerokim wachlarzem wszelakiej rozrywki oferowanej przez inne obiekty kulturalne, gastronomiczne czy sportowe. Każdy potencjalny widz seansu kinowego zastanawia się dzisiaj czy chce iść na dany film, czy może woli w tym czasie iść pograć w tenisa, posłuchać koncertu rockowego czy potańczyć na zajęciach z salsy, a film zobaczyć w bliżej nieokreślonym terminie na jednym z kilkunastu ekranów w swoim domu. Z tego też powodu w jakimś momencie odpadło spore grono festiwalowiczów, którzy już nie wrócą. Trzeba zatem skupiać się na tych, którzy przyjeżdżają nie ze względu na unikalną szansę zobaczenia jakiegoś filmu, tylko ze względu na atmosferę, klimat miejsca, możliwość spotkania twórców i aktorów, czy też bezpośrednią możliwość skonfrontowania swoich emocji z innymi widzami poszczególnych seansów. 

KOSZTY ŻYCIA

   Pierwsze edycje festiwalu przyciągały do Cieszyna ludzi także z innego powodu. Mieszkańcy Warszawy i innych dużych miast polskich byli przez Cieszyn kuszeni niskimi cenami. Gastronomia w Czechach była wtedy znacząco tańsza niż w Polsce, a lokale po polskiej stronie miasta chcąc być konkurencyjnymi nie mogły sobie pozwalać na wysokie marże. Jednocześnie estetyka cieszyńskich lokali nie odbiegała znacząco od standardów wielkich miast i w miarę podążała za panującymi trendami. Efekt tego był taki, że na cieszyńskim rynku można było zjeść, napić się czy po prostu posiedzieć przy kawiarnianym stoliku ciesząc się taką atmosferą jak w podobnym miejscu w Krakowie, a jednocześnie płacić za to o połowę mniej czy nawet jeszcze mniej. 

   Sytuacja ta również zmieniła się na przestrzeni czasów. Na skutek wahań kursów walut i integracji w ramach UE w dużej mierze wyrównały się ceny w Polsce i Czechach, a poprzez duży wzrost cen energii i kosztów pracowniczych również wyrównały się ceny pomiędzy małymi a dużymi miastami. Oczywiście w dużych miastach znajdziemy też snobistyczne lokale jakich w Cieszynie się nie uświadczy, ale w przeciętnej klasy kawiarni czy restauracji, większość oferowanych dań i napojów nie jest znacząco droższa niż w Cieszynie. Efekt ładnego i taniego miasteczka przestał już kusić. Co więcej, zdarzały się nawet sytuacje, że właściciele cieszyńskich lokali podnosili ceny specjalnie na czas festiwalu, albo w bardziej miękkiej formie, planowane od dawna podwyżki cen wprowadzali akurat przed rozpoczęciem festiwalu. Widząc takie sytuacje często się oburzałem i próbowałem tłumaczyć, że nie tędy droga, bo jeśli ci ludzie odwiedzają nas kuszeni niskimi cenami, to przestaną przyjeżdżać jeśli te odwiedziny będą droższe. Niewiele te tłumaczenia dawały bo wizja szybkiego zysku była silniejsza niż chęć budowania sobie stałych klientów na lata. Na dzień dzisiejszy pocieszającym może być jedynie fakt, że w wielu zawodach w Polsce i w Czechach zarabia się obecnie bardzo dobrze, przez co ludzie stali się bardziej spontaniczni w wydawaniu pieniędzy i kwestia oszczędności przy wyjazdowych wydatkach nie jest już dla nich tak ważna jak kiedyś.

POLITYKA, IDEOLOGIA I "DZIWAKI"

   W czasach początków Kina Na Granicy nie było jeszcze popularne słowo "hipster", ale każdy w Cieszynie był zgodny w twierdzeniu, że festiwalowi goście noszą się specyficznie, przez co rzucają się w oczy z daleka. Jednym się to podobało bo nadawało cieszyńskim ulicom charakteru wielkomiejskiego, a drugich drażniło to manifestowanie własnej inności. Jedni i drudzy próbowali pod tym kątem porównywać festiwal do innej popularnej w Cieszynie imprezy, czyli Święta Trzech Braci. Zwolennicy mówili, że ŚTB jest dla wieśniaków, a KNG dla ludzi na poziomie, przeciwnicy natomiast mówili, że ŚTB jest dla normalnych ludzi, a KNG dla dziwaków, czy delikatniej mówiąc, ekscentryków. Jeśli ktoś lubił bawić się na obu tych imprezach, to automatycznie był obrażany przez obie te grupy. O ile jednak łatka pogardliwie widzianej plebejskości pozostała przy Święcie Trzech Braci po dzień dzisiejszy, o tyle społeczność miasta Cieszyna na przestrzeni lat zmieniała swoje nastawienie do festiwalowych gości. Najpierw ta zmiana szła w bardzo pozytywnym kierunku, Cieszyn zaczął się oswajać z gośćmi festiwalu, akceptować ich nietypowe elementy ubioru, dodatki i fryzury. Zrozumiały powszechnie stał się fakt, że ludzie o artystycznym zacięciu chcą się wyróżniać, a w takim miejscu jak festiwal tym bardziej lubią się pokazać z kreatywnej strony. Dużą rolę w tym oswajaniu odgrywało środowisko osób związanych z cieszyńskim zamkiem, a kiedy pojawiło się słowo "hipster" to można było już sobie ich nazwać, zaszufladkować, wpisać jako jeden z elementów społeczeństwa i jakoś z tym żyć. W ciągu ostatniej dekady zauważyłem jednak inną tendencję, która nie jest już taka pozytywna. 

   Nie jest tajemnicą, że w Polsce od roku 2005, a jeszcze bardziej od 2015 trwa spór polityczny, w który emocjonalnie zaangażowana jest znaczna większość społeczeństwa. Dawny podział na postkomunistów i postsolidarnościowców został już zapomniany, a jego miejsce zajął nowy podział dyktowany przez dwie największe partie polityczne o podobnym, a nawet niemal wspólnym rodowodzie, których działacze w wielu przypadkach we własnym interesie przechodzą z jednej z tych partii do drugiej. Nie zmienia to faktu, że każda z tych partii umacnia swój elektorat w niechęci i pogardzie do tej drugiej, a używa do tego przychylnych sobie mediów, znanych ludzi i wszelkich narzędzi jakie są dostępne w socjotechnice. Smutnym jest fakt, że wpisanie się w ten podział nie ominęło również Kina Na Granicy. Na obronę organizatorki muszę zauważyć, że zrozumiałym jest fakt trzymania się tej strony sporu, z której ma się więcej kontaktów osobistych, czuje się większe zrozumienie wśród liderów tej strony, a co za tym idzie, liczy się na większą łatwość w pozyskiwaniu środków, na których opiera się budżet festiwalu. Moim jednak zdaniem dałoby się to robić przy bardziej neutralnej narracji w okołofestiwalowej publicystyce, kluczu zapraszania gości specjalnych czy budowaniu medialnego wizerunku wydarzenia. Od kilku lat odczuwam wrażenie, że festiwal jest nadmiernie upolityczniony i nachalnie forsuje jedną ze spierających się w Polsce narracji politycznych i społecznych, co jest szkodliwe nie tylko ze względu na budowanie wspólnej społeczności z gośćmi zza Olzy, ale także szkodzi to wizerunkowi festiwalu wśród wielu fanów dobrego kina w Polsce. Co więcej, moim zdaniem dzisiejsza mowa ciała spacerujących po Cieszynie gości Kina Na Granicy nie jest manifestacją własnej inności i artystycznej duszy, ale znacznie częściej jest ostentacyjną manifestacją swojego stanowiska w sporze politycznym i budowanej przez to stanowisko tożsamości społecznej. 

NO I CO?

Chciałoby się powiedzieć "no i nic", bo żadne z opisanych wyżej zjawisk nie jest czymś co mogłoby zabić Kino Na Granicy, ale jednak wszystkie te zjawiska połączone ze sobą dają taki efekt, że coraz więcej osób obserwujących festiwal mówi o tendencji spadkowej czy nawet o pikowaniu w dół. Kilka lat temu w czasie trwania festiwalu moje media społecznościowe były przepełnione zdjęciami i treściami bliższych czy dalszych znajomych, którzy korzystali z festiwalowej oferty, a tym razem przez cały czas trwania festiwalu wyświetliły mi się posty na jego temat tylko od dwóch osób, z czego obie te osoby zarabiają współpracując z festiwalem więc w ich interesie jest nagłaśnianie tego wydarzenia. W moim sklepie z pamiątkami goście festiwalu stanowili mniejszość wśród innych klientów, którzy po prostu przyjechali do Cieszyna na długi weekend. Ja sam też nie czułem jakiejś specjalnej potrzeby uczestnictwa w okołofestiwalowych wydarzeniach. Nie dotarło również do Cieszyna kilkoro moich znajomych, którzy bywali tu każdego roku. 

Czy festiwal umrze w takim razie śmiercią naturalną? Czy miasto powinno przestać go finansować? Moim zdaniem jeszcze nie, cały czas bowiem jest to wydarzenie nadające przestrzeni miejskiej wiele pozytywnej energii i kolorytu, ale warto obserwować jego rozwój i rozmawiać o tym co idzie w dobrą stronę, a co niekoniecznie. Wydaje mi się, że dobrym punktem jest rozwijająca się od kilku lat inicjatywa "Literatura Na Granicy" która rozszerza formułę festiwalu na coś więcej niż tylko film. Co prawda widzę tu stanowczo zbyt mało transgraniczności, ale jestem dobrej myśli i wierzę, że to też się jeszcze zmieni. Tak czy inaczej, trzeba liczyć się z tym, że najlepsze lata festiwal ma już za sobą, a za kilka lat z różnych powodów jego kolejne edycje mogą być zawieszone na jakiś czas bądź nawet na zawsze. Nikt chyba nie chce żeby do tego doszło, ale jeśli byłoby to nieuniknione, to warto byłoby też myśleć nad tym, jakim innym wydarzeniem dałoby się na miejsce KNG wypełnić cieszyńskie ulice w kolejne pierwszomajowe weekendy. Póki co, cieszmy się jeszcze tym co mamy, a w pofestiwalowy poniedziałek ponarzekajmy sobie na opustoszałe miasto, w którym brakuje tylko rzucanej przez wiatr pustynnej roślinności, bo nie wiem jak wy, ale jak od zawsze po zakończeniu festiwalu miałem takie wrażenie. 

P.S. Nie brałem oczywiście pod uwagę tych edycji festiwalu, które trafiły na czas pandemiczny, no i rozumiem również, że każdy rocznik ma swoją specyfikę związaną z tym jak danego roku rozstawione są w tygodniu dni wolne od pracy, co dodatkowo jest ważne w kontekście atrakcyjności imprezy w innym stopniu w Polsce, a w innym w Czechach, gdzie wolny od pracy jest tylko jeden dzień, pierwszy maja. 



poniedziałek, 22 kwietnia 2024

NOWE STARE ROZDANIE W CIESZYŃSKIM RATUSZU

   21 kwietnia 2024 roku królowa Elżbieta II mogłaby obchodzić 98 urodziny, ale niestety nie było jej dane dożyć tego pięknego wieku, co tylko umacnia nas w świadomości, że nic nie trwa wiecznie i nawet najdłuższa na świecie kadencja koronowanej głowy ostatniego stulecia ostatecznie jest już tylko historią. 

   Świat tymczasem nie zwalnia, a na różnych zakątkach globu cały czas zachodzą zmiany na zarządczych stanowiskach począwszy od gospodarza bloku mieszkalnego, a skończywszy na przywódcach największych światowych imperiów. Czasami te zmiany zachodzą przy użyciu wojska, a czasami wystarczy kartka do głosowania. 

   21 kwietnia 2024 roku to właśnie kartki do głosowania zadecydowały o wyborze włodarza miasta na kolejne pięć lat w polskiej części Cieszyna. Tym razem ilość chętnych na to stanowisko była rekordowo niska, zaledwie troje kandydatów zdecydowało się poddać opinii mieszkańców i nikt z tego grona nie zdobył w pierwszym głosowaniu 50% głosów. Do drugiej tury dostały się więc dwie osoby, urzędująca burmistrz Gabriela Staszkiewicz oraz dotychczasowa radna Joanna Wowrzeczka, która już drugi raz starała się zdobyć głosy Cieszyniaków w wyścigu o fotel burmistrza. 





   FREKWENCJA

   Do urn w cieszyńskich lokalach wyborczych poszło tego dnia niewiele osób. Na około 25000 uprawnionych do głosowania z czynnego prawa wyborczego skorzystała co trzecia osoba, 8759 oddanych głosów daje zaledwie 35%. Co ciekawe, w poprzednich wyborach w 2018 roku w drugiej turze wzięło udział 12294 mieszkańców. Można na tej podstawie sądzić, że jedna trzecia z nich nie czuła się usatysfakcjonowana efektem swojego ówczesnego głosu i tym razem nie poczuła swojej siły sprawczej w możliwości zagłosowania na burmistrza kolejnej kadencji. Byli to zapewne dawni wyborcy Ryszarda Macury, którzy poczuli, że nie mają po drodze z żadną z tegorocznych kandydatek, a po części pewnie też dawni wyborcy Gabrieli Staszkiewicz, którzy nie byli zadowoleni z jej pracy przez ostatnie pięć lat. Gdzieniegdzie słychać głosy, że "lenie wybrały piwo przed telewizorem", ale mam jednak przeczucie, że to wcale nie lenistwo czy brzydka pogoda zadecydowały o tym. Bardziej przekonuje mnie teoria, że żadna z kandydatek nie była w stanie tak wyartykułować swoich racji żeby przekonać do siebie większą liczbę ludzi, podobnie jak trzeci z kandydatów w pierwszej turze, Janusz Mendera. 

   Jedno jest pewne, w dojrzałej demokracji tak wąski wachlarz kandydatów i tak niska frekwencja wśród wyborców nie są dobrym znakiem. Zaledwie pół roku wcześniej w Polsce odbyły się wybory do parlamentu, w których ta frekwencja była rekordowo wysoka, jednak toczący się na szczeblu centralnym spór polityczny mający znamiona wojny plemiennej, pozwala się domyślić, że spora część oddanych wtedy głosów nie była świadomym wyborem programu politycznego, a jedynie symbolicznym wsparciem "barw własnego obozu". Spodziewaną konsekwencją tego stanu było więc to co się wydarzyło w Cieszynie i innych miejscowościach, w których ogólnopolskie partie polityczne nie prowadziły szeroko zakrojonego marketingu politycznego. Swoje głosy oddała tylko garstka świadomych wyborców śledzących lokalna scenę polityczną, a także koniunkturaliści widzący swój bezpośredni interes w zwycięstwie którejś ze stron i może jeszcze trochę przypadkowych klakierów pozyskanych przez sztaby w mniej lub bardziej profesjonalny sposób.

   GABRIELA STASZKIEWICZ

   Wygrała dotychczasowa pani burmistrz i wszystko wskazuje na to, że nie zmieni się również jej najbliższe otoczenie współpracowników. Można się także spodziewać, że sposób prowadzenia polityki miasta przez tą ekipę będzie podobny jak w poprzedniej kadencji. Trzeba mieć jednak nadzieję, że zarówno pani Staszkiewicz jak i jej współpracownicy wezmą lekcję ze swoich wcześniejszych błędów, które były im wytykane podczas kampanii przez kontrkandydatów i nowa kadencja tej ekipy zaowocuje w nową jakość oraz rozwiązania, do których dotychczas z różnych powodów nie sięgano. Warto także wierzyć, że po tej lekcji środowisko ratusza oczyści się z elementów mogących działać na jego niekorzyść. W myśl obecnej ordynacji pani Gabriela za pięć lat nie będzie się już mogła starać o kolejną kadencję. Jej zadaniem jest zatem również pozostawienie po sobie ratusza i instytucji miejskich w takim stanie, aby dać komfortowe warunki pracy swoim następcom. Dodatkowym elementem motywującym ją do lepszego działania i poprawy własnych błędów powinien być też fakt, że zdobyła o prawie 1900 głosów mniej niż w drugiej turze pięć i pół roku temu, a także o ponad 150 głosów mniej niż w pierwszej turze dwa tygodnie temu. 

   JOANNA WOWRZECZKA

   Nie ma co ukrywać, zaangażowanie tej kandydatki w lokalną społeczność przez przynajmniej dwie dekady pozwala traktować drugie miejsce w wyborach jako porażkę. Ciężko jest bowiem znaleźć drugą osobę w Cieszynie, która by tak konsekwentnie działała w przestrzeni publicznej budując tkankę społeczną i rozwiązując problemy różnych grup ludzi. Co jednak spowodowało, że nie udało się wygrać? Najprawdopodobniej wspomniane tu wcześniej podziały ideologiczne w polskim dyskursie społecznym. Pani Joanna jest od zawsze mocno zaangażowana po jednej ze stron tego konfliktu i pomimo deklaracji otwartości na dialog ze wszystkimi mieszkańcami, część ludzi ma prawo postrzegać ją jako osobę, która nie mogłaby ich reprezentować. Sam jednak powiedziałem jej zaraz po poznaniu wyniku wyborów, że każdą porażkę można przerzucić w sukces i jeśli nie chce by zabrakło jej zapału, to powinna skupić się na pozytywach tego wyniku. Pięć lat temu przecież nie dostała się do drugiej tury uzyskując zaledwie 2700 głosów, teraz 3262 głosy pozwoliły na ten awans, a w drugiej turze przekonała do siebie o kolejne 500 osób więcej. Warto też pamiętać, że w poprzedniej kadencji tworzyła klub radnych w liczbie trzech osób, teraz będzie ich już sześcioro. Nie mam pojęcia jakim burmistrzem mogłaby być Joanna Wowrzeczka, ale mam raczej pewność co do tego, że w opozycji będzie się sprawdzała przynajmniej tak dobrze jak dotychczas, a szczerze wierzę w to, że będzie już też bogatsza o progres, który zaliczyła w okresie kampanii.

   CIESZYN

   Mieszkam w tym mieście od urodzenia, niebawem będzie to pół wieku. Od kilkunastu lat również zawodowo zachwalam Cieszyn przed tysiącami turystów jako przewodnik wycieczek. Nie ma co ukrywać, że w ciągu ostatniej dekady miasto wyładniało i ładnieje nadal, co w sporej mierze jest też zasługą ekipy Gabrieli Staszkiewicz. Często wyrażam otwarcie swoje zaniepokojenie tym jakim kosztem odbywają się te zmiany i są osoby popierające moje zdanie, ale znam też wielu takich, którzy mnie uspokajają i tłumaczą, że wszystko idzie w jak najbardziej dobrym kierunku. Jeśli zdrowie pomoże, to chciałbym się w tym mieście zestarzeć i spędzić tu spokojnie kolejne pół wieku. Mam zatem nadzieję, że wybór radnych i burmistrza w 2024 roku, jakiego dokonali mieszkańcy miasta, będzie w przyszłości dobrze wspominaną przeze mnie decyzją, że ruchy burmistrza będą dobrze nakierunkowane, a w przypadku zdarzających się każdemu odchyleń, rozsądne decyzje rady będą ten dobry kierunek utrzymywać. 

   MIESZKAŃCY

   Najbardziej marzy mi się jednak żeby społeczność miasta Cieszyna, a także innych miejscowości składających się na nasz region po obu stronach Olzy, bardziej intensywnie interesowała się sprawami lokalnymi niż polityka Warszawy czy Pragi, która jest z każdej strony kolorowana na fałszywe barwy, mamy na nią niewielki wpływ i do końca tak na prawdę nie wiemy na czym ona polega. Tuska, Kaczyńskiego, Babisa czy Fialę widzimy bowiem w telewizji albo czasami przez pancerne szyby ich limuzyn, posłowie też nie często spacerują po ulicach miast w swoich okręgach. Włodarzy miasta i radnych mijamy codziennie w sklepach, kawiarniach, na poczcie czy nawet w pracy. Razem z nimi tworzymy jedną społeczność i w tej społeczności pewnie będziemy razem żyli do końca. Wybory samorządowe paradoksalnie powinny być dla nas najważniejszymi wyborami, postarajmy się wiec o to żeby za pięć lat frekwencja w nich była wysoka i oparta na przemyślanych decyzjach i mocno ugruntowanych preferencjach. 

niedziela, 24 marca 2024

OSTATNI SPACER PO DWORCU OSTRAVA VITKOVICE

 


 

   Ostrava jest dość rozległym miastem i posiada kilka dworców kolejowych, które na różnych etapach rozwoju urbanistycznego zaspokajały zmieniające się potrzeby ruchu pociągów pasażerskich i towarowych. Jednym z najciekawszych jest dworzec Vitkovice, który swoje lata świetności ma już dawno za sobą, a kiedy w 2017 roku obchodził swoje 50-te urodziły, to jego dalsze losy ważyły się w gabinetach wielu osób decydujących o wydatkach publicznych. Dzisiaj obiekt jest już trwale wpisany na listę zabytków, a na najbliższe miesiące planowany jest początek prac budowlanych, które pod okiem konserwatora zabytków mają dostosować to miejsce do współczesnych wymagań. 

   W związku z tym w sobotę 23 marca odbył się tam ostatni spacer z przewodnikiem opowiadającym o kulisach powstawania tego dworca i ciekawostkach z czasów jego funkcjonowania. Przewodnikiem był Petr Lexa, którego możecie lepiej poznać jak polubicie na Facebooku profil Ostravské pěšiny, tam dowiecie się o wszystkich organizowanych przez niego spacerach i prelekcjach. Tym razem można było posłuchać o tym jak rozbudowa miasta i działających w nim zakładów przemysłowych wymusiła w sześćdziesiątych latach budowę nowego dworca w tym miejscu i o tym jak przygotowania jego projektu podjął się znany już od lat przedwojennych architekt Josef Danda. Poznaliśmy całą historię miejsc użyteczności publicznej działających na terenie dworca, a także usłyszeliśmy kilka smaczków o tym jak oficjalnie na tym dworcu zatrzymał się specjalny pociąg, z którego wysiadł pijany Breżniew, pozdrowił uśmiechem pracujący lud Ostravy, pomachał ręką i wsiadł resztkami sił do swojego wagonu by kontynuować podróż. Na sam koniec przewodnik podziękował za uczestnictwo i wyraził wielką nadzieję na to żeby za parę lat udało się spotkać w tym samym miejscu na pierwszym spacerze po zrekonstruowanym już dworcu. 


   Póki co, jeśli chcecie zaznać ducha minionej epoki, to jeszcze przez kilka tygodni możecie się wybrać na ten dworzec, pospacerować sobie po nim i jego okolicy, a może nawet wyjechać z niego pociągiem ku kolejnej przygodzie. 


   Co ciekawe, stojąc przed budynkiem dworca, zobaczycie zielony jedenastopiętrowy blok mieszkalny, który został wybudowany rok po samym budynku dworca, a zakwaterowano w nim pracowników kolejowych. Pomimo pozornie siermiężnego wyglądu charakterystycznego dla późnej doby socjalizmu, blok ten był i jest do dziś całkiem luksusowy. Na każdym jego piętrze mieszczą się tylko po cztery mieszkania, a dach jest wykorzystany jako system tarasów wypoczynkowych dla mieszkańców z leżakami, toaletą, prysznicem, przebieralnią i miejscem na przygotowanie posiłków. Konstrukcja ta nazywała się V-OS i w naszym regionie powstało ponad 100 identycznych obiektów od Karviny po Opavę. 


   Jeśli macie dobre oko, to na bocznej fasadzie dworca znajdziecie kamień węgielny, od którego rozpoczęła się budowa obiektu. 


   Pozostałe ściany zewnętrzne nie są jednak już interesujące, o co okoliczni wandale systematycznie przez wiele lat się starali. 


 Przed wejściem głównym możemy się także schronić pod wiatą, która też już utraciła swój blask, ale warto zauważyć, że podpiera ją stalowa kolumna w kształcie litery V jak Vitkovice. Motyw ten możemy dostrzec w wielu niespodziewanych miejscach na terenie dworca. 


   Wchodząc do środka przeniesiemy się jednak do względnie zadbanych wnętrz, które pięknie oddają klimat czasów, w których powstawały. 










   Na terenie hali dworca w dniu dzisiejszym działa jedna kasa biletowa, toalety damskie i męskie, automat z kawą i dobrze zaopatrzony sklepik spożywczy, w którym sprzedaje bardzo miła starsza pani. Obok sklepiku jest też kilka szklanych gablot, które zapewne niegdyś były wypełnione różnorakimi materiałami, a obecnie tylko jedna z nich jest na bieżąco uaktualniana przez Klub Czeskich Turystów. 




   Z hali głównej po schodach wchodzi się do rękawa przechodzącego nad torami i doprowadzającego nas do peronów. Budynek dworca stoi na terenach zagrożonych szkodami górniczymi, dlatego zastosowano w nim system dylatacyjny dzielący obiekt na kilka części, w razie gdyby któraś z nich pod swoim ciężarem zapadała się w szybszym tempie niż pozostałe. Przechodząc na perony można w rękawie dla pieszych zobaczyć stalowe zabezpieczenie na takiej przerwie dylatacyjnej. 







   Perony pomimo wieku są bardzo zadbane, czyste, a oczekiwanie na nich na pociąg nie wiąże się z żadnym niesmakiem czy poczuciem zagrożenia. Sam miałem okazję korzystać z tego dworca w ostatnich latach podczas wizytowania festiwalu Colors Of Ostrava i muszę przyznać, że nawet w późnych godzinach nocnych czułem się tam bezpiecznie. 




Wracając jednak do spaceru, pomimo ceny 120kc wzięło w nim udział ponad sto osób i chyba wszyscy byli usatysfakcjonowani tym co zobaczyli u usłyszeli. 10 wybranych osób dostało także w prezencie tekturową makietę dworca do samodzielnego wykonania, której szkic wykonał w latach siedemdziesiątych najbardziej znany modelarz w Czechosłowacji, Richard Vyškovský zwany Papierowym Królem. Wydruk tej makiety wznawiany był cztery razy, a najnowsze egzemplarze pochodzą jeszcze z okresu kiedy autor żył, czyli z roku 2017 i 50 jubileuszu dworca. Richard Vyškovský zmarł dwa lata później. Miałem tą przyjemność, że i ja znalazłem się wśród dziesięciorga obdarowanych osób, w związku z czym mam nadzieję, że uda mi się zmontować makietę, a wy będziecie mogli ją zobaczyć w Modrej Izbie przy ul. Regera 3 w Cieszynie, gdzie jeszcze tej wiosny zorganizuję dla was prelekcję na temat historii tego ostravskiego dworca. 




czwartek, 12 października 2023

ROZMOWA Z KONRADEM GOŁOTĄ, KANDYDATEM DO SENATU RP

   Nie jest tajemnicą, że od wielu lat ciężko jest mi znaleźć swoich faworytów na polskiej scenie politycznej, a jest to jedyne państwo, w którym jestem uprawniony do głosowania w demokratycznych wyborach. Swoje poglądy od zawsze określam raczej jako lewicowe i chciałbym oddać swój głos na partię o właśnie takim dyskursie. Obserwując jednak sytuację polityczną w kraju mam od dawna duże wątpliwości co do tego czy partie uważające się za lewicowe są takimi rzeczywiście. Podejmowane przez te partie działania często odbiegają od mojego rozumienia lewicowości, a ich liderzy wiele razy otwarcie wypowiadali się w sposób jawnie promujący korporacjonizm i globalizację kierowaną przez gigantów świata finansjery. W związku z tym wiele razy w dniu wyborów w Polsce świadomie rezygnowałem z oddania swojego głosu, a w zamian za to wybierałem się w góry zbierać śmieci, czym pewnie bardziej się przysłużyłem swojej ziemi niż oddając głos na kogoś, do kogo bym nie miał zaufania.

   Tymczasem ostatnio pojawił się w naszym okręgu kandydat do senatu, który zaciekawił mnie swoją wyborczą ofertą. Konrad Gołota startujący z listy Lewicy w tzw. pakcie senackim jest mężem mojej koleżanki z czasów szkoły podstawowej i mimo iż nigdy nie poznaliśmy się osobiście, to z różnych towarzyskich źródeł wiele razy słyszałem o jego działalności w świecie polityki, a z tych zasłyszanych faktów układał mi się od dawna obraz takiej osoby, jakie właśnie chciałbym widzieć w środowiskach lewicowych. Jestem jednak za stary na to żeby ufać komuś na podstawie zasłyszanych informacji i zanim oddam swój głos, to chciałbym dowiedzieć się o kandydacie czegoś więcej.

   Udało mi się zatem skontaktować z Konradem, po czym odwiedził mnie w moim sklepie gdzie poznaliśmy się osobiście i odbyliśmy długą rozmowę o jego planach wyborczych i ambicjach jakie chciałby realizować po zdobyciu mandatu senatora. To co mówił utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto dać mu kredyt zaufania oddając na niego głos w wyborach. Chciałem się tym z wami podzielić, ale ciężko byłoby przekazać swoimi słowami to wszystko o czym rozmawialiśmy. Zaproponowałem więc drugie spotkanie i rozmowę bardziej oficjalną, której zapis będę mógł w całości opublikować na łamach BC43400. Praca kandydata przed wyborami polega na aktywności przez 25 godzin na dobę, ale w tym wirze obowiązków Konrad Gołota znalazł czas żeby porozmawiać ze mną w zaciszu murów dziedzińca cieszyńskiego muzeum. Poniżej przedstawiam zapis naszej rozmowy, zapraszam do przeczytania i podjęcia własnej decyzji czy ten kandydat spełnia również wasze oczekiwania. Swoją aprobatę lub jej brak możecie wyrazić wrzucając do urny swoją kartę do głosowania już w najbliższą niedzielę 15 X 2023, a w komentarzach pod tym tekstem proszę o kulturalna dyskusję. 

    BESKIT CIESZYŃSKI 43400 - Nie ma co ukrywać, cała klasa polityczna w Polsce przeżywa teraz kryzys zaufania. Każda partia ma silny elektorat negatywny. Jak się w tym odnajdujesz i skąd bierzesz motywację żeby kandydować w wyborach parlamentarnych?

    KONRAD GOŁOTA - Według mnie ten elektorat negatywny ma dwa źródła. Pierwsze jest takie, że posłowie każdej partii dzielą się na trzy kategorie. Jedni brylują w mediach, inni jeżdżą po każdym miejscu w swoim okręgu, a trzecia grupa to posłowie ciężko pracujący w komisjach żeby stanowić jak najlepsze prawo. Najczęściej jednak widzimy tą pierwszą grupę i z tym nam się politycy kojarzą, a symbolem są ci, którzy są w mediach najczęściej i w swoich wypowiedziach bywają kontrowersyjni. Przez to właśnie dla przeciętnego Polaka prawdopodobnie bliższe będzie skojarzenie słowa polityk z kimś takim jak Janusz Kowalski, który co chwilę z czymś dziwnym wyskakuje, niż z posłem czy posłanką siedzącymi od rana do nocy w komisjach i pracującymi nad szczegółowymi regulacjami prawnymi.

    Druga rzecz to dwa rozumienia demokracji i polityki. Jedno jest takie, że polityka to rywalizacja idei. Każdy z nas ma trochę racji, próbujemy się nawzajem przekonać i szukamy konsensusu. W ostatnich latach jednak w Polsce rządzi narracja sprowadzająca politykę do walki dobra ze złem, co tworzy podział na stereotypy patriotów z rządu i zdrajców z opozycji, a przecież tak nie jest. Jeśli jednak słuchamy tej narracji przez lata, to możemy zacząć automatycznie tak właśnie myśleć o polityce.

    No i teraz skąd moja motywacja. Ja przede wszystkim staram się zawsze robić rzeczy, które uważam za słuszne, działać dla dobra wspólnego i to samo z siebie mnie napędza. Inną rzeczą jest to, że nie wyobrażam sobie żyć kolejne trzydzieści lat w kraju, w którym okładamy się cepami. Dlatego też kandyduję i tak prowadzę swoją kampanię żeby nikogo nie atakować, żeby pokazać inny język polityki, żeby wypunktować to co mi się nie podoba i zaproponować to co ja uważam, że powinno być zrobione, a nie obrażać swojego rywala.

    Może teraz zabrzmię patetycznie, ale kandyduje się też nie dla siebie, tylko dla swoich dzieci. Myślę tu nie tylko o mojej siedemnastoletniej córce Marcie czy o moim dziewięcioletnim synu Jakubie, ale o wszystkich dzieciach i nastolatkach, które chcą wejść w dorosły wiek i żyć w kraju, w którym żyje się dobrze. Ja uważam, że dyskurs obecnego rządu powoduje, że jako kraj idziemy w złym kierunku, coraz ciężej się tu oddycha, coraz mniej jest tu przestrzeni na swobodne myślenie czy zachowania. Ja chcę żeby moje dzieci żyły w kraju gdzie nie będą się czuły skrępowane, zamiast w kraju gdzie dobrze się czują tylko niektórzy, a inni żeby się dobrze poczuć muszą wybrać się za granicę.

    BC43400 - Lewica to zlepek kilku frakcji, a pakt senacki to dodatkowo kompromis z innymi partiami, których interesy i poglądy są w wielu sprawach odmienne od siebie. Gdyby udało Ci się wygrać wybory to będziesz mocno się czuł związany lojalnością partyjną i zobowiązaniami względem innych frakcji czy liczysz na swobodę w realizowaniu własnej wizji politycznej i interesów swoich wyborców?

    KONRAD GOŁOTA – Zacznę od tego, że Lewica to nie dosłownie zlepek kilku frakcji. Występują tu dwie partie. Jedna z nich to partia Lewica, która co prawda ma dwie frakcje, czyli SLD i Wiosna, ale są to dwa środowiska, które się połączyły i musiały się wzajemnie siebie nauczyć. Nauczyliśmy się nawzajem swojego języka, nauczyliśmy się ze sobą współpracować i w tej chwili działa to już wyśmienicie. Drugą częścią Lewicy jest natomiast partia Razem, która jest oddzielną partią, ale jest z nami w klubie parlamentarnym. To wszystko tworzy ciekawy ferment intelektualny bo miewamy czasami różne pomysły, ale dyskutujemy nad nimi i dochodzimy do wspólnych decyzji. Tak jak już mówiłem, polityka to szukanie wspólnej koncepcji, a nie przepychanie na siłę kolanem swojej wizji.

    Przechodząc do tego jak działa pakt senacki, to jest to formuła, która już raz się sprawdziła. Oczywiście moje poglądy mogą być odmienne od kandydata PSL-u kandydującego w innym okręgu, ale jeżeli chcemy tworzyć rząd i zmieniać Polskę, to te różnice nie są czymś czego się nie da przedyskutować i pogodzić. Trzeba też pamiętać, że obecnie w Europie rządy monopartii są już rzadkością. Nie ma tak, że ktoś wygrywa ponad 50% i sam rządzi. Dzisiaj normą są rządy koalicyjne. Plus tego typu rządów jest taki, że koalicja zabezpiecza społeczeństwo przed dominacją tylko jednej narracji partyjnej. Koalicjanci reprezentują różne grupy obywateli z różnymi oczekiwaniami i zawsze wszystko można przedyskutować. Dzisiaj po ośmiu latach rządów PiS widzimy jak kończą się rządy jednej partii.

    Jeśli zostanę senatorem, to przede wszystkim będę zobligowany zdrowym rozsądkiem, dobrem obywateli, swoich wyborców, oraz dobrem Polski. Oczywiście ważne jest to co się wypracowuje w ramach partii czy koalicji, ale nie wyobrażam sobie głosować za czymś z czym się fundamentalnie nie zgadzam, czy też za czymś co mogłoby być szkodliwe dla Polski lub niedobre dla regionu, z którego zostałem wybrany. Moim zdaniem w polityce jak i w innych dziedzinach życia wymagane jest myślenie, a nie ślepe posłuszeństwo i niech to będzie dopełnieniem mojej odpowiedzi na pytanie.


    BC43400 - Z naszym regionem jesteś związany dzięki małżeństwu. Powiedz ile to już lat i na ile przez ten czas poznałeś trudną specyfikę Śląska Cieszyńskiego, że podjąłeś tak odważną decyzję kandydowania właśnie w tym regionie? Czy możesz śmiało powiedzieć, że w jakimś stopniu już się z naszą ziemią utożsamiasz?

    KONRAD GOŁOTA – Zaczynając od końca powiem, że zdecydowanie tak. Ja nie wyobrażałem sobie, że mógłbym kandydować z jakiegokolwiek innego regionu. Poznałem się z Gosią 19 lat temu i tutaj działy się wszystkie najważniejsze momenty naszego wspólnego życia. Może to co powiem zabrzmi teraz jak umizgiwanie się do wyborców, ale te wartości, które są wyznawane na Śląsku Cieszyńskim, to nie jest norma w Polsce. Musicie mieć świadomość, że tutaj chociażby kampania polityczna wygląda inaczej, ludzie są dla siebie milsi, bardziej starają się zrozumieć drugiego, pomimo różnic potrafi działać społeczność wielowyznaniowa i wielokulturowa. Ja się czasami śmieję, że gdybym w Warszawie, Poznaniu czy Gdańsku chciał pojeździć z kolegami na rowerze co sobotę, to pewnie byśmy pojeździli na rowerze i nic więcej, natomiast w Cieszynie zapewne założylibyśmy Towarzystwo Sobotnich Wycieczek Rowerowych, bo taka jest tu tradycja zrzeszania się. To jest tutaj zupełnie naturalne i to pomaga lepiej funkcjonować tej społeczności.

    Ja spędzając tutaj przez ostatnie dwie dekady wszystkie ważne momenty w moim życiu, najwyraźniej przesiąkłem tą cieszyńską tradycją myślenia. Moja żona zawsze mi powtarza, że Cieszyn to miejsce ludzi silnych i miejsce dające siłę. Ja uważam, że gdyby reszta Polski wyglądała w tym kontekście trochę bardziej jak Śląsk Cieszyński, to żylibyśmy w lepszym kraju. Oczywiście każdy region ma też swoje problemy i porównuje się krytycznie z innymi, ale dla mnie Śląsk Cieszyński to miejsce bardzo mi bliskie emocjonalnie. Przejąłem wiele tradycji, gotuję nawet zupę rybną, której wcześniej nie znałem, ale niestety nie znam się na pieczeniu więc nie piekę cieszyńskich ciasteczek. Generalnie dobrze się tu czuję rozmawiając z ludźmi, co zauważam nawet w tej kampanii jak codziennie rozmawiam z osobami, które znam lepiej lub słabiej, a czasami dopiero poznaję i mimo to mam swobodę w komunikacji, jakiej nie miałbym zapewne w Piotrkowie Trybunalskim czy w Lublinie nawet przy najbardziej sprzyjających warunkach. Tożsamość i mentalność ludzi z różnych stron Polski nie jest mi bowiem tak bliska jak ta cieszyńska.

    BC43400 - Jednym z ważniejszych zadań senatu jest blokowanie nieprzemyślanych czy po prostu złych decyzji sejmu. Jeśli uda Ci się zająć fotel senatora, to staniesz się jakoby strażnikiem słuszności działań podejmowanych przez sejm. Czy widzisz zagrożenia czyhające na społeczność naszego regionu, których może nie dostrzegać centrum kraju tworząc ustawy krzywdzące naszą lokalną społeczność, którym to ustawom mógłbyś przeciwdziałać?

    KONRAD GOŁOTA – Znowu zacznę od końca. Oczywiście, że zawsze może zdarzyć się taka sytuacja, że z poziomu centralnego jest podejmowana decyzja, która nie jest dobrze widziana tu w regionie. Ja zawsze to powtarzam, że chociażby granica państwa jest zupełnie inaczej widziana z perspektywy Warszawy niż z perspektywy Cieszyna. W Warszawie przecież nikt by nie wywiesił płachty z napisem „Tęsknię za Tobą Czechu”, a w Cieszynie się to zdarzyło. Drugą rzeczą jest to, że Polska jest zbyt mało regionalna. Szczególnie za rządów PiS-u bardzo mocno wrócono do polityki centralistycznej. Tymczasem najlepiej rozwijają się te państwa, które czerpią z różnorodności regionalnej i które rozumieją, że pewne rozwiązania funkcjonują dobrze w jednym regionie, a w drugim nie, bo tam ludzie mają inną historię, tradycję i kulturę. W tym nie ma nic złego, bo przecież nie wszystko musi być pod linijkę.

    Tak czy inaczej senat poza inicjatywą ustawodawczą ma rzeczywiście możliwość naprawiania czy modyfikowania prawa przyjętego przez sejm, ale ja wierzę, że możemy wygrać te wybory przez co będzie mniej praw zapewniających bezkarność ludziom kradnącym publiczne pieniądze, nie będzie przyjmowane prawo ograniczające ludzką wolność, nie będzie ingerencji w prawa kobiet, a co za tym idzie, wierzę głęboko w to, że będzie mniej sytuacji, w których jako senator musiałbym powiedzieć „Nie, tutaj złe prawo zostało ustanowione przez sejm”.

    BC43400 - Zamieniliśmy kilka zdań o ostatnich wyborach na Słowacji i przyznam, że zaimponowałeś mi biegłością w rozumieniu aktualnej sytuacji politycznej u naszych sąsiadów. Powiedz jak się czujesz w relacjach polityki polskiej z czeską i słowacką, no i jak chciałbyś to wykorzystać pracując w parlamencie dla społeczności regionu pogranicza?

    KONRAD GOŁOTA – Polityka zagraniczna to dla mnie dwie ważne kwestie. Pierwsza polega na tym żeby poznać i zrozumieć sytuację w drugim państwie opartą o uwarunkowania i mentalność żyjących tam ludzi, a druga rzecz to budowanie z tymi ludźmi relacji, co wymaga dużo czasu i nie da się tego załatwić od zaraz. Ja osobiście zajmuję się polityką międzynarodową dla Europy środkowo – wschodniej od siedmiu lat. Robię to zawodowo w Brukseli i mogę powiedzieć, że zjadłem na tym zęby. Poza tym przez dwadzieścia lat swojej działalności w polityce budowałem relacje, które dzisiaj procentują. Patrząc za Słowacką granicę widzimy tam dwie partie, SMER i HLAS, które niebawem utworzą rząd. Ja mam ten komfort, że znam osobiście liderów obu tych partii, jeden z nich prawdopodobnie będzie premierem, drugi wicepremierem. Znam też wielu innych polityków tych partii, jak i wielu polityków partii będących u władzy w Czechach. Są to znajomości trwające od ponad dziesięciu, a nawet od dwudziestu lat. Przeprowadziliśmy wiele rozmów zarówno poważnych jak i mniej poważnych, zarówno na konferencjach jak i przy piwie. Dzięki temu lepiej rozumiem ich mentalność, a jak dodamy do tego fakt mojego mocnego poczucia mentalności Śląska Cieszyńskiego, to jestem przekonany, że mogę bardzo mocno się przyczynić do dalszego rozwoju euroregionu, w którym jesteśmy. Mogę pomóc w zainicjowaniu wielu dalszych inicjatyw, bo znam wielu ludzi i wiem, które drzwi otworzyć. Tutaj oczywiście jest cała masa ludzi, którzy robią świetną robotę angażując się od lat we współpracę międzynarodową, ale dodatkowa para rąk do pracy, które wiedzą jak pchnąć jakiś ciekawy projekt do przodu, powinna zawsze być dodatkową pomocą. Oczywiście nie zamierzam nikogo wyręczać ani zastępować, ale senator to osoba mogąca swoja pozycją wiele ułatwić, szczególnie przy takiej znajomości specyfiki regionu połączonej ze znajomością polityki wszystkich krajów tworzących tą specyfikę. Mam też wyraźne sygnały zza obu granic, że czekają tam na wynik wyborów żeby móc bardziej pogłębiać współpracę blokowaną dotychczas na poziomie krajowym, bo grupa wyszehradzka przechodzi obecnie duże turbulencje z powodu polityki polskiego rządu.

    BC43400 - Religijność w życiu Polaków stanowi ważną sferę. Jeśli chodzi o Twój okręg wyborczy, powiaty cieszyński i żywiecki, to masz do czynienia zarówno z gminami o silnej religijności katolickiej jak i z największym w kraju skupiskiem ludzi wyznania ewangelicko augsburskiego, ale też z różnorodnością mniejszych grup wyznaniowych jak w Wiśle i oczywiście z ogólną tendencją laicyzującego się społeczeństwa. Łatwo jest się w tym pogubić, a Ty chcesz być reprezentantem wszystkich tych grup. Możesz podzielić się swoją ofertą która by zaspokoiła potrzeby każdej z nich?

    KONRAD GOŁOTA – Religijność lub jej brak jest sprawą ważną, ale jest też sprawą prywatną, a nie państwową. Tutaj głośno powtarzam głos polityków lewicy, ale też to co mówią światli przedstawiciele kościołów. Polityka i religia powinny działać czasami wspólnie, ale nie powinny być ze sobą połączone. Łączenie polityki z kościołami w szerszej perspektywie kończy się źle zarówno dla państwa jak i dla kościołów.

    Staram się oczywiście jak najlepiej rozumieć złożoność wyznaniową na Śląsku Cieszyńskim. Odbyłem wiele spotkań w trakcie kampanii i wiem jak bardzo różnią się od siebie nawet kościoły ewangelickie w poszczególnych miejscowościach, ale widzę też jak świetnie potrafią ze sobą współpracować. Oczywiście Żywiecczyzna jest regionem bardzo tradycyjnie katolickim, przez co czasami czuję się jakbym miał w swoim okręgu Sopot i Zakopane, tak duża jest różnica pomiędzy obydwoma powiatami, ale można też znaleźć elementy łączące je.

    Jeżeli zatem uznamy, że każdy ma prawo wierzyć lub nie wierzyć, państwo wedle konstytucji ma obowiązek wspierać w tym swoich obywateli, a kościół z państwem ma się razem nie mieszać, to pozostaje nam dbać o to aby współpraca pomiędzy poszczególnymi wyznaniami przebiegała w sposób przyjazny, a współpraca tych wyznań z administracją żeby wyraźnie przestrzegała granic pomiędzy światami sacrum i profanum.



    BC43400 - Będą na Ciebie mogli zagłosować mieszkańcy sześciu miast, żadne z nich nie ma nawet 50 tysięcy mieszkańców i każde w ostatnich dekadach boryka się z tendencją wyludnienia, szczególnie migracji młodych ludzi do większych ośrodków lub za granicę. Czy widzisz jakąkolwiek perspektywę żeby zmienić ten kierunek aby małe miejscowości były dla młodzieży atrakcyjną opcją na ułożenie sobie życia?

    KONRAD GOŁOTA – Tak, jest to możliwe, ale przede wszystkim wymaga to moim zdaniem zmiany rządu. Młodzi ludzie bowiem wyjeżdżają do największych miast oraz do innych krajów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także w poszukiwaniu innej jakości życia społecznego, czego chyba nie muszę rozwijać. Drugą rzeczą są oczywiście czynniki ekonomiczne, a przede wszystkim praca, co jednak też się zmienia, bo rozwijające się obecnie różne formy pracy zdalnej otwierają coraz więcej nowych możliwości. Pozostaje jednak kwestia mieszkania i to jest według mnie najbardziej niepokojący problem. Duże miasta zawsze będą dawały możliwość wyższych zarobków, ale obecnie ceny wynajmu mieszkań w Cieszynie nie są wiele niższe niż właśnie w tych wielkich ośrodkach i to mogłoby się zmienić. Lewica postuluje w tych wyborach, że chce kopiować w Polsce model wiedeński z niedrogimi mieszkaniami budowanymi przez państwo i przez samorządy na wynajem. Mój bardzo dobry kolega, wiceprezydent Włocławka, wybudował już ponad trzysta takich mieszkań. Są to bardzo komfortowe i nowoczesne osiedla, gdzie średni czynsz za mieszkanie o powierzchni 50m2 wynosi 600zł za mieszkanie urządzone pod klucz. Nigdy nie będzie się jego pełnoprawnym właścicielem, ale to daje też pewną wolność bo teraz jako student ktoś może potrzebować małej kawalerki, a gdy założy rodzinę to będzie chciał się przenieść do większego lokum odstępując swoje mieszkanie wdowie, która już nie chce tak dużej powierzchni jaką zajmowała razem z mężem. Takie roszady mogą być możliwe bez konieczności zakładania sobie pętli na szyję przez banki. We Włocławku uznano, że jest to najlepszy sposób na zatrzymanie młodych ludzi w mieście. Teraz mają oni coraz częściej wybór jechać do dużego miasta i zarabiać dwukrotnie więcej, ale płacić czterokrotnie więcej za mieszkanie, lub pozostać u siebie nie martwiąc się niższymi zarobkami dzięki znacznie niższym kosztom utrzymania się. Zapewnienie takich godziwych warunków powinno być jednak efektem polityki państwowej bo większość samorządów w obecnej chwili sobie z tym nie poradzi. Zamiast dotować kredyty dla banków państwo powinno przeznaczyć środki na budowanie takich właśnie mieszkań. Proszę tylko tego nie mylić z mieszkaniami socjalnymi, bo chodzi o normalne komunalne osiedla, często ładniejsze niż wiele inwestycji developerskich.

    Poza mieszkaniami jest jeszcze kwestia oferty kulturalnej w małych miejscowościach, którą państwo może i powinno wspierać. Taki Cieszyn w najbliższych latach może dostać środki do inwestowania w kulturę czy w infrastrukturę, a może też ich nie dostać bo będą przeznaczone na jakieś megalomańskie projekty typu muzeum Rydzyka czy też Centralny Port Komunikacyjny, który jest potrzebny chyba tylko ekipie, która go wymyśliła. Wszystko zależy więc od tego gdzie państwo będzie kierowało środki finansowe i wysiłki.

    BC43400 - Tereny wiejskie natomiast w naszej okolicy nie będą pewnie już bazą dla gigantycznych gospodarstw rolnych, bo też nigdy tu takich nie było. Nasze wioski przekształcają się w sypialnie dla miast, tereny rekreacyjne i skanseny rolnictwa tradycyjnego, wychwalanego coraz bardziej jako przyjazne środowisku i zdrowe dla konsumentów. Myślisz, że uda się pogodzić interes firm inwestujących w drogie hotele z interesem osób uprawiających tradycyjny wypas owiec. Z jednej strony mamy tu przecież co roku inaugurację pucharu świata w skokach narciarskich, a niebawem super nowoczesną trasę dla narciarstwa biegowego, a z drugiej strony w Koniakowie powstają najlepsze oscypki w Polsce. Co Twoim zdaniem trzeba zrobić żeby te dwa światy mogły obok siebie funkcjonować?

    KONRAD GOŁOTA – Odpowiem tutaj pytaniem na pytanie. Czy Austriakom i Szwajcarom się to udało? Tam mają niesamowitą ilość turystów, a możemy stać w miejscu wypełnionym nowoczesną infrastrukturą, przemieścić się o kilkaset metrów i już się znaleźć na sielskiej wsi. Da się to pogodzić pod warunkiem, że prowadzi się spójną politykę na poziomie całego regionu. To jest tak jak na osiedlu domków jednorodzinnych ktoś postanowi wybudować tzw. szeregowca, który nijak tu pasuje bo nie było planu zagospodarowania. Jeśli uznamy jakąś część Wisły czy Ustronia za sferę przeznaczoną pod zabudowę hotelarską czy rozrywkową to przepisy muszą stwarzać ku temu możliwości. Jeśli jednak inną część tej miejscowości chcemy zostawić w stanie zapewniającym ciszę i sielankę, to również muszą zaistnieć przepisy obligujące do respektowania takich postanowień. To zdecydowanie da się pogodzić.

    Jeśli zaś chodzi o rolnictwo, to nie nazwałbym tego skansenem bo to staje się obecnie coraz modniejszym trendem i coraz więcej ludzi dostrzega różnicę pomiędzy żywnością wytwarzaną ekologicznie, a taką z supermarketu. W kontekście turystyki nie wspomniałeś też o miejscu dla agroturystyki, bo to nie tylko miejsce gdzie przyjeżdża się pokazać dzieciom jak karmi się świnki czy gąski. Są ludzie, którzy nie prowadzą już gospodarstw, ale mają piękne stare domy otoczone starymi drzewami, z dala od terenów zurbanizowanych i wielu świadomych turystów jeździ w takie miejsca żeby zaznać komfortu ciszy i spokoju. Widziałem wiele takich miejsc, ostatnio nawet na pomorzu wpadł mi w ręce przewodnik po tego typu miejscach i jestem przekonany, że jest to sektor, który tu w Beskidach może jeszcze doskonale wykorzystać swój potencjał.

    BC43400 – Omówiliśmy miasta i wioski, a nie można zapomnieć o trzeciej sferze, w której nie znajdziesz wielu wyborców, a która jest chyba najważniejsza dla istnienia tego regionu. Chodzi mi oczywiście o tereny zielone, lasy i łąki, szlaki spacerowe w górach i naturalne płuca naszej ziemi. Czy jesteś świadom przed jakimi zagrożeniami stoją Beskidy i ich przyroda, a jeśli tak, to jak Twoim zdaniem powinniśmy te zagrożenia zażegnać?

    KONRAD GOŁOTA – Czekałem na to pytanie, bo martwią mnie trzy poważne zagrożenia, przed jakimi trzeba obronić beskidzkie lasy. Pierwsza to brak wystarczającej ilości wody i nieprzemyślana centralistyczna polityka rządu oparta na regulacji rzek, co pogłębia problem nawodnienia wielu obszarów. Drugi problem to rabunkowy wyrąb lasów, co dotyczy całego regionu w moim okręgu wyborczym i nie tylko, bo w sumie całej Polski. Trzeci problem to nieprzemyślana i chaotyczna developerka. Ja na początku swojej kampanii publikowałem nawet taką odezwę „zagłosuj na mnie bo drzewa nie mogą”, bo one nie mają głosu. Jeżeli więc chcemy zachować charakter regionu beskidzkiego, z jego bogatą siecią szlaków i przepięknych krajobrazów, które znamy, to przyroda musi być chroniona priorytetowo i z pełną stanowczością. Łatwo bowiem jest wyciąć i wybetonować, ale później już nie da się w przywrócić tego co się utraciło, a dzisiaj nie potrzebujemy już nowych obszarów zurbanizowanych czy industrialnych. Dzisiaj potrzebujemy enklaw spokoju i kontaktu z natura, bo zostało nam jej zbyt mało, a nie mamy planety B, na którą moglibyśmy się przenieść. Przypomnę raz jeszcze, że kandyduje się dla swoich dzieci, którym nie chcemy zostawić terenów zaniedbanych i zaśmieconych. Doświadczenie bogatszych krajów pokazuje, że pogodzenie interesów ekonomicznych z ochroną przyrody zawsze powoduje zwiększenie atrakcyjności regionu i lepsze samopoczucie zamieszkujących go ludzi.

    Ja nie chcę być fanatykiem ekologicznym, ale wiem, że trzeba dbać o to co mamy, a tam gdzie można odtworzyć utracony potencjał, powinno się ograniczyć destrukcyjną dla przyrody działalność.


    BC43400 – Dziękuje za wszystkie odpowiedzi i za znalezienie czasu dla naszych czytelników. Wydaje mi się, że wyczerpałeś moją ciekawość i powiedziałeś o wszystkim, o czym czytelnicy chcieliby się tu dowiedzieć. Życzę zatem powodzenia w ostatnim etapie kampanii wyborczej i sukcesu w dniu głosowania.

    KONRAD GOŁOTA – Ja też dziękuję i mam nadzieję, że ten sukces będzie miał miejsce z udziałem przede wszystkim ludzi, którzy chcą zmiany w Polsce, a przy tym także mnie, który stawiam się do dyspozycji żeby ich reprezentować. Dodam jeszcze tylko, że patrzę na te wybory trochę także jak na turniej miast, bo jestem tu ja reprezentujący Cieszyn i cztery partie opozycyjne, a moim kontrkandydatem jest starosta z Żywca reprezentujący Żywiecczyznę i reprezentujący PiS. Ten wybór powinien być prosty więc liczę na to, że w tym turnieju miast Cieszyn wygra.



    BC43400 – Tak jeszcze tylko post scriptum. Czy jesteś spokrewniony ze znanym bokserem o tym samym nazwisku?

    KONRAD GOŁOTA – To tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, nie muszę się zazwyczaj dwa razy przedstawiać. I tak, w młodości trochę boksowałem, nazwisko zobowiązuje, a wracając do polityki, to pozwolę sobie na metaforę i mogę wszystkich zapewnić, że jeśli wspólnie z Wami wygram te wybory, to będę nieustępliwie bić się o lepszą, nowoczesną Polskę z dobrym prawem. Polskę, z której będziemy dumni i w której chce się żyć pełnią życia.

    BC43400 – Trzymam kciuki, a jeśli się uda, to będę uważnie śledzić efekty

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

LOSY "KOMBAJNU" Z CZESKIEGO CIESZYNA

 Może zaskoczył was ten tytuł, ale dla autora też było to niecodzienną wiadomością, kiedy się dowiedział jak piloci nazywali potocznie myśliwiec Avia B-33 wykonany na licencji radzieckiej maszyny Iljuszyn Ił-10, który przez wiele lat miał swoje stałe miejsce w krajobrazie Czeskiego Cieszyna. 

   Udało się jednak zgłębić historię wspomnianego samolotu i przygotować niedługi tekst ukazujący jej meandry. Jak jednak zaznacza sam autor, są to czysto amatorskie ustalenia i opinia fachowych środowisk może je weryfikować. 

   W środę 2 maja 1945 roku niebo nad Cieszynem ze względu na pogodę nie było najlepsze do operacji lotniczych. Tego właśnie dnia dowódca 3. Czechosłowackiego Pułku Bojowego otrzymał bezpośredni rozkaz ataku na niemiecki sprzęt wojskowy i żywą siłę wroga, zlokalizowaną we wschodniej części terytorium Czeskiego Cieszyna. Kolejnym celem był również dworzec kolejowy w Czeskim Cieszynie, gdzie stacjonowały wycofujące się oddziały Wehrmachtu, próbując wydostać się przy użyciu linii kolejowych. Do stojących na bocznicy wagonów ładowali oni wszystko, co nie powinno się dostać w ręce wroga, w tym broń, amunicję i sprzęt bojowy.

                                       1960 -Komenského sady Český Těšín (źródło: Muzeum Těšínka)


   Z lotniska wystartowało wówczas 8 czechosłowackich myśliwców, jednak w połowie drogi jeden z nich zasygnalizował awarię maszyny i wrócił do bazy. W ulewnym deszczu pozostałe 7 jednostek dotarło bezpiecznie do celu i pomimo kokpitów zalanych deszczem, piloci bez problemu rozpoznali Cieszyn. 

   Formacja powietrzna przystąpiła do ataku celnie ostrzeliwując składy kolejowe, po czym eksplodowało 35 wagonów z amunicją. Również trafione i zniszczone zostają fortyfikacje wokół stacji kolejowej, ciepłownia, skład amunicji i kilka innych budynków. Misja zakończyła się powodzeniem.

                                           Těšínské Divadlo i pomnik w roku1970 (Jarmila Brabcová)


   Akcję tą w czechosłowackim lotnictwie nazwano może z przesadą "Bitwą o Czeski Cieszyn" i spotkała się ona z tak dużym poklaskiem ze strony najwyższego dowództwa, że po zakończeniu II wojny światowej, do nazwy 28 bojowego pułku lotnictwa, dodano dumnie przymiotnik "Cieszyński". 

            Album darowany przez Cieszyński Pułk Lotniczy obywatelom Czeskiego Cieszyna - 1953


   Na pamiątkę tego wydarzenia, pułk podarował mieszkańcom miasta Czeski Cieszyn, jeden ze swoich samolotów, który został oficjalnie przekazany władzom miasta 9 listopada 1958 roku. 

   Był to egzemplarz licencjonowanego Iljuszyn Ił-10, który nigdy nie brał udziału w walkach powietrznych, ponieważ czechosłowackie lotnictwo podczas II wojny światowej używało głównie maszyn Ił-2 Sturmovik. Udało się nawet dotrzeć do informacji, że cieszyński myśliwiec nigdy nie wystartował, a do Czeskiego Cieszyna został przywieziony ciężarówką z ostrawskiego lotniska. Pomimo tego, otrzymał on zaszczyt upamiętnienia poległych pilotów wojskowych poległych podczas II wojny światowej. 

   Początkowo znajdował się on na skwerze przed budynkiem polikliniki na kamiennym cokole. Na wygładzonej ścianie granitowego głazu stojącego tuż obok samolotu, został wyryty napis "Samolot myśliwski Iljuszyn 10, dar Cieszyńskiego Związku Lotniczego dla obywateli miasta Czeski Cieszyn" o czym w roku 1958 pisano w lokalnej prasie. 

   Na pomniku umieszczono również drugą tablicę ku czci kapitana Iwana Wasiljewicza Tichanowa, który poległ w niewyjaśnionych okolicznościach pod koniec wojny, 18 czerwca 1945, podczas wyzwalania Ziemi Cieszyńskiej. Z informacji uzyskanych w redakcji denik.cz udało się dowiedzieć, że według dokumentów dostarczonych przez czeskie Ministerstwo Obrony miał to być 35-letni kapitan z miejscowości Aleksandrovka w obwodzie leningradzkim. Data jego śmierci jest niejasna, dzień 18 czerwca 1945 roku widnieje w dokumentach zarówno jako data śmierci, jak i ekshumacji szczątków. Co więcej, rosyjskie bazy danych podają pod tą datą informację "zabity". W księgach Urzędu Miejskiego w Czeskim Cieszynie jest jedynie podane, że Tichanow zginął pod koniec wojny podczas wyzwalania ziemi cieszyńskiej, a jego szczątki ekshumowano i złożono do wspólnego grobu z innymi, bezimiennymi żołnierzami. 

   Po roku 1968 Cieszyński Pułk Lotnictwa Bojowego VU8168 został prawdopodobnie mocno dotknięty przez czystki personalne, jakie miały wtedy miejsce w administracji oraz w służbach mundurowych Czechosłowacji. Wtedy też podjęto decyzję o przeniesieniu pomnika i zmianie jego znaczenia. Cieszyński Pułk Lotniczy został jednak ostatecznie zlikwidowany dopiero z dniem 31 grudnia 1994 roku. 

                                                                             1992 (Ewa Sikora)


   Ciężko jest doszukać się dokładnej daty przeniesienia pomnika z parku Jana Amosa Komenskiego pod budynek teatru. Według dat podanych na zdjęciach z tamtych czasów można się domyślić, że w roku 1970 stał się on częścią pomnika ofiar walki z faszyzmem. Pamiętający tamte czasy Tadeáš Klimsza wspomina: "Pamiętam, że jakoś w latach siedemdziesiątych naprawiliśmy ten samolot w warsztacie OZ 065. To była obróbka powierzchni i malowanie. Po zdjęciu skrzydeł samolot został przetransportowany na przyczepie do zakładu, a po naprawie został z powrotem postawiony na piedestale", natomiast inna z mieszkanek Czeskiego Cieszyna, Jarmila Brabcová, pamięta, że ​​jako dziecko brała udział w paradach z lampionami, które kończyły się w samolocie.

                           Cieszyński Ił-10 w muzeum Melun-Villaroche (źródło Michal Kunz)


   Stan techniczny omawianego tu samolotu Avia B-33, jak jak kto woli Ił-10 o numerze kadłuba 1087, był już w pewnym momencie skrajnie zły na skutek korozji, a dodatkowo zniknął jego silnik i osłony kabiny. W związku z tym władze Czeskiego Cieszyna postanowiły w roku 1992, że należy go sprzedać. Maszyną zainteresowało się Muzeum Historii Wojskowości z Pragi, dzięki czemu w 1993 roku korpus samolotu został przewieziony w kierunku lotniska Praga Kbely, gdzie oddano go do dyspozycji Wojskowego Instytutu Historycznego. 

   Przez kolejne pięć lat zainteresowanie urządzeniem interesowało się prywatne francuskie muzeum z miejscowości Melun-Viliaroche (40km przed Paryżem), gdzie ostatecznie w 1998 roku cieszyński myśliwiec pojechał zająć jeden z hangarów na 700 hektarowym obiekcie, w zamian za górnopłatowy samolot Morane-Saulnier MS-230, na którym czechosłowaccy piloci szkolili się podczas II wojny światowej we Francji. Obudowa samolotu została tam zrekonstruowana, niesprawdzona jest jednak informacja, wedle której maszyna została później przeniesiona na jeden z cmentarzy wojskowych pod Paryżem, gdzie miałaby po dzień dzisiejszy być wystawiona jako pomnik ku czci poległych pilotów czechosłowackich podczas II wojny światowej w bitwach powietrznych nad Francją.

                       Rok 1969, przy pomniku powstają garaże stawiane przez Těšínské Divadlo

   Tak czy inaczej niezaprzeczalny jest fakt, że myśliwiec Avia B-33 na licencji Ił-10, pomimo iż jego dzieje nie były zbyt heroiczne, był i dla wielu pozostanie niezapomnianą ikoną Czeskiego Cieszyna.


Tekst ten jest tłumaczeniem materiału, który ukazał się 9 kwietnia 2022 roku w języku czeskim w blogosferze iDNES pod adresem https://cierny.blog.idnes.cz/blog.aspx?c=786025

Autorem oryginału jest Milan Čierny, a jego przygotowanie udało się dzięki pomocy Archiwum Cyfrowej Ziemi Opawa, a także takich osób jak Martin Horný, Michal Kunz oraz wszystkich, którzy przesłali zdjęcia ze swoich albumów domowych i wyrazili zgodę na ich publikację.