czwartek, 10 stycznia 2019

WISŁA, SKOLNITY, BESKIT I BESKIDY


   Początkowo ten tekst miał mieć tytuł "Beskit się sprzedał, cofajcie lajki", ale mimo iż bardzo mi się on podobał to nie byłby prawdą więc musiałem od niego odejść. Pewnie jednak zauważyliście, że pojawiły się u mnie ostatnio na fejsbuniu informacje o promocjach na wyciągu narciarskim Wisła Skolnity więc jakby nie było to coś musi być na rzeczy. Kto tak pomyślał, ten ma rację, przyznaję się i od razu rozwiewam wszelkie domysły i spekulacje, przez najbliższy sezon zimowy, a może też i letni zamierzam trochę promować to miejsce. Trochę czyli bez ostrego spamowania tylko z wyczuciem żeby nie zaśmiecać wam walla.


   Dlaczego akurat to miejsce, a nie pole golfowe w Ropicy albo basen w Skoczowie? Dlatego bo od dawna jeżdżę na desce, wcześniej jeździłem na nartach i zawsze uważałem, że sporty zimowe to najlepsza alternatywa dla znielubionego przeze mnie siedzenia przed tv w tym okresie kiedy aura nie nastraja do spacerów po parku czy jedzenia pyszności w kawiarnianych ogródkach. Zupełnie przypadkiem zeszłej zimy napisało do mnie paru zarządców lokalnych wyciągów, którzy w zamian za promocję ich obiektów proponowali mi to i owo, ale mimo iż lepiej sprzedać siebie niż sprzedać kogoś to jakoś byłoby poniżej mojej godności gdybym wychwalał jakiś ośrodek, który mi płaci, a jednocześnie jeździłbym na innym. Był więc plan taki żeby pisać o wszystkich zachwalając ich zalety, ale to byłoby nieuczciwe bo wszyscy płacić nie chcieli, a o każdym pisałbym równie dobrze. Zrobiłem więc sobie "risercz" żeby wybrać jeden obiekt, z którym mógłbym się identyfikować, ale dostałem mętlik w głowie bo gdzieś jest najdłuższa trasa, ktoś inny ma największy parking, jeszcze w innym miejscu najdłużej trzyma się śnieg, kolejny ośrodek ma najniższe ceny, a pozostali też się zawsze czymś wyróżniają. Kogo więc wybrać?


   Wybór padł na Skolnity nie bez powodu. Ten wyciąg nie ma długiej tradycji bo jest jednym z najmłodszych tego typu obiektów w naszej okolicy, ale jego krótka póki co historia życia to już dziś są niemal owiane legendą opowieści o wielkich staraniach, ciężkiej pracy, walce z przeciwnościami losu i pokonywaniu biurokratycznych barier, które przecież zna każdy z nas kto chciał postawić garaż albo przebudować balkon w domku na działce, nie wspominając nawet o tak wielkim przedsięwzięciu jak wycięcie fragmentu lasu, zatrzymanie osuwiska, wyrównanie gruntu pod parkingi, postawienie wyciągu kanapowego, systemów naśnieżania, lokali gastronomicznych, zakup ratraków i innego specjalistycznego sprzętu, skompletowanie załogi pracowniczej, a później jeszcze cały marketing i utrzymanie obiektu w takim stanie żeby warunki korzystania z niego były zgodne ze standardami jakich oczekują narciarze i snowboardziści.


   Od początku trzymałem kciuki za ten obiekt bo jego lokalizacja przy samym centrum Wisły była wręcz wyśnionym miejscem na taką atrakcję, ale też od samego początku dochodziły do mnie różne wieści o schodach jakie trzeba było pokonywać i przyznam, że większość osób jakie znam już dawno by się poddało i do realizacji całego przedsięwzięcia by nie doszło. Tutaj jednak chyba trudności działały inaczej i jeszcze bardziej mobilizowały do działania dzięki czemu wyciąg w końcu udało się parę lat temu uruchomić. Wtedy też przyszła ta zima, która wyglądała jak jesień, zamiast śniegu padał deszcz, temperatury były wysokie, a kuligi organizowano w Wiśle na wozach z kołami. Co więcej dwie kolejne zimy wyglądały tak samo, a pracownikom trzeba było płacić, kredyty spłacać i inwestować dalej bo przecież w dzisiejszych czasach stać w miejscu to tak jakby się cofać. Ja bym się pobeczał, wyrzucił telefon do rzeki i wyjechał na stałe na Kubę, ale tutaj znowu nikt się nie poddawał i obiekt cały czas modernizowano, w każdym możliwym dniu starano się dośnieżać żeby udostępniać trasy narciarzom, w sezonie letnim też starano się uatrakcyjnić wizyty w tym miejscu wszystkim pojawiającym się tam gościom i tym sposobem znowu udało się przejść trudny czas i dotrwać do pierwszej konkretnej zimy, a rok później do drugiej i chyba w tym roku już trzeciej, nie wiem dokładnie, mylą mi się jakoś te lata.


   Tak czy inaczej wyciąg i cała infrastruktura wokół niego są bardzo nowoczesne, trasy zjazdowe bardzo dobrze przygotowane, miejsc parkingowych wystarczająco, obsługa pomocna, a zarówno na górze jak i na dole wyciągu można też odpocząć na chwilę od białego szaleństwa i zaszyć się na moment w ciepłym pomieszczeniu popijając tradycyjną "herbatkę z cukrem i bez cytrynki" czy jak tam kto lubi. Oczywiście są też inne rzeczy do picia i do jedzenia, a w tym dolnym lokalu jest nawet pizza z pieca opalanego drewnem. Ogólnie cały obiekt powinien spełniać wszelkie normy jakich oczekujemy w Beskidach, a z tego co słyszałem to są też plany na dalszą rozbudowę i ulepszenia więc uznałem, że właśnie temu miejscu należy robić dobrą opinię w sieci aby działającej tu ekipie nie zabrakło zapału i motywacji do dalszego działania.


   Tymczasem w Wiśle dobrze się dzieje od jakiegoś czasu. Kiedy w innych miejscowościach kandydaci na burmistrza dyskutowali przed drugą turą wyborów kto złamał ciszę wyborczą, a kto nie, to tutaj w Wiśle w tym samym czasie na teren basenu miejskiego wjeżdżał sprzęt budowlany żeby do najbliższych wakacji ten zaniedbany obiekt mógł zabłysnąć dawnym blaskiem i przyjąć plażowiczów. Nowego lśnienia nabiera także dworzec kolejowy, a niebawem ma ponoć ruszyć budowa tunelu dla pieszych pod główną drogą w Wiśle oraz prace mające na celu przebudować i poszerzyć drogę dojazdową do miasta od strony Ustronia. Tematów do pisania jest więc sporo, a aura pogodowa sprzyja opowieściom o miejscowościach narciarskich więc na dniach możecie się spodziewać obszernej recenzji wyciągu Skolnity, który od tego sezonu działa wraz z kilkoma innymi obiektami narciarskimi w Polsce w ramach jednej grupy z pingwinem w logo, a przez najbliższe miesiące co jakiś czas pojawiać się będą informacje o panujących tam warunkach, planowanych promocjach i imprezach oraz o wszelkich innych plotkach ze stoku przeplatanych również plotkami z miasta Wisła.

   Skontaktowałem się też z właścicielem wyciągu bo nie był on jedną z tych osób, które namawiały mnie do promowania jego obiektu, ale oczywiście moją propozycję przyjął z zadowoleniem i dogadaliśmy się w ten sposób, że w zamian za sympatyzowanie z tym obiektem będę mógł tam na dobrych warunkach zrobić imprezę promującą BC43400 na początku marca. Jeśli więc jeździcie na nartach albo na desce i nie macie swoich nawyków co do odwiedzanych stoków to szczerze polecam to miejsce, a jak uda wam się zrobić tam jakieś dobre zdjęcia to śmiało możecie mi przesłać, chętnie je wykorzystam, w końcu jest tam przecież chyba najpiękniejszy widok na centrum Wisły.
 

 

poniedziałek, 7 stycznia 2019

KFC W CIESZYNIE (TZN. W GUMNACH I OGRODZONEJ)


   Jakieś niecałe dwa lata temu inna amerykańska sieć barów szybkiej obsługi dla przekory nazywanych "restauracja" otworzyła w Cieszynie za cmentarzem swój lokal, na temat którego napisałem wtedy trzy świetne i błyskotliwe, ale też bardzo szydercze i pogardliwe artykuły. Kto nie czytał niech sobie pogrzebie w archiwum bloga i je znajdzie (mógłbym tu wstawić link, ale niby po co mam wam ułatwiać zadanie), a kto czytał ten pewnie otwierając ten tekst pomyślał sobie, że w stronę największego na świecie kurczakowego imperium również będę sączył jad nienawiści ubrany w zbudowane z wysublimowanego słownictwa prymitywne kpiny. Nic bardziej mylnego, to będzie tekst sentymentalny i nostalgiczny, a do bywania i jadania w KFC nie zamierzam nikogo zniechęcać.


   Harald Sanders zwany pułkownikiem w roku 1930 w wieku 40 lat w miejscowości Corbin w stanie Kentucky zaczął sprzedawać przygotowywane przez siebie dania z kurczaka i nawet przez myśl mu nie przeszło, że prawie 90 lat później jego produkty będzie można nabyć w Gumnach i w Ogrodzonej, w samym sercu Księstwa Cieszyńskiego. Nie doczekał też tego dnia bo w 1980 roku w wieku 90 lat zmarł na zapalenie płuc. Na szczęście jednak jego dzieło jest nadal kontynuowane i my mamy to szczęście, że możemy już kupować od kilku dni te wszystkie pyszności w lokalach we wspomnianych wcześniej lokalizacjach.


   Z kręcącą się w oku łezką wspominam tą noc kiedy z Cieszyna do Bielska nie było jeszcze dwupasmówki i trzeba było jeździć starą drogą, a ja jako młody kierowca miałem wtedy w użyciu swój pierwszy samochód, którym nie mogło być nic innego jak wyprodukowany w FSM w Bielsku Fiat 126p. Bawiłem się tego wieczoru w ekskluzywnym pubie "69 Jazz Club" w towarzystwie chłopaków z zespołu Kaliber 44 i innych znanych katowickich rapperów gdy nagle zadzwonił mój telefon co nie było czymś normalnym bo komórki mieli w tych czasach tylko wybrani. Dzwonił mój kolega mieszkający w Gumnach i powiedział, że jego rodzice wyjechali i zrobił imprezę, jest dużo osób i generalnie wszyscy jadą po bandzie więc jak chcemy przyjechać to mamy kupić wódkę i coś tam jeszcze. Zebrałem więc pięć osób do Malucha i ruszyliśmy w drogę kupując wcześniej od jednego z chłopaków coś tam jeszcze, a zakup wódki planując na jakieś miejsce po drodze bo wiadomo, w sklepie taniej niż w barze, a pieniążek to rzecz ważna nawet jak jest się bananowcem.

   Żeby nie było tak łatwo to w nocy spadł pierwszy śnieg co zaskoczyło drogowców, a dla mnie stanowiło wyzwanie bo na letnich oponach nie jeździ się wcale łatwo po śliskiej nawierzchni co wiedział każdy kto pamiętał wypadek Bublewicza. No ale imprezka to jednak priorytet więc trzeba było gnać jak szatan tylko jak już byliśmy w Goleszowie to jadąca z nami córka wysokiego oficera policji w Katowicach powiedziała, że jak nas złapią to ona nie wie czy jakoś będzie to potrafiła ogarnąć jednym telefonem. Dla zmylenia wroga postanowiłem więc skręcić z głównej drogi i jechać przez Godziszów i Kisielów. To była masakra, śniegu sporo, o pługu można zapomnieć, pięć osób w Maluchu to ciasno i szyby zaparowane więc trzeba otworzyć okno, a tam zimno, światła robią widok rodem z Gwiezdnych Wojen, ale drogę oświetlają słabo, wycieraczki nie wyrabiają, ale jakimś cudem nagle naszym oczom ukazał się wysoki słup, na którym świeciła się wielka błękitna tablica z napisem ARAL. Nie miałem zielonego pojęcia, że za 20 lat w tym miejscu powstanie KFC, ale wysiadając z samochodu i idąc po te kilka flaszek postanowiłem, że dalej idziemy piechotą, a jak kolega się mnie zapytał czy rano będzie mi się chciało tu wracać to odpowiedziałem mu tak "Zawsze będzie mi się chciało tu wracać". Było kilka minut po północy, a dokładnie o północy otworzyli wtedy tą stację, która kilka lat później zmieniła nazwę na BP. Byliśmy więc absolutnie pierwszymi klientami tego miejsca, a pierwszą zaksięgowaną sprzedażą było paliwo, ale nie do samochodu.


   Mijały lata, powstała dwupasmówka, a po jej drugiej stronie bliźniacza stacja dla kierowców jadących w przeciwnym kierunku, niestety na skutek jakiś idiotycznych przepisów dojazd do stacji od strony starej drogi zablokowano betonowymi zaporami co uniemożliwiło wjazd. Jak Księstwo Cieszyńskie będzie niepodległym państwem to oczywiście będą inne przepisy i będziemy mogli wjeżdżać na tą stację z obu stron, ale póki co musimy sobie jakoś radzić więc dla osób chętnych do zrobienia zakupów na stacji powstał obok tych betonowych szykan taki mini parking gdzie można zostawić auto i wydeptaną ścieżką podejść do działającego przy stacji sklepu, kantoru, toalety czy baru.


   No właśnie, bar, bo przecież o tym miał być ten tekst. Stacja jakoś nie miała nigdy specjalnego szczęścia do gastronomii, były tam co prawda jakieś lokale, których nazwy nie warto już wspominać, ale mimo iż parę razy tam jadłem to nic tam dla mnie szału nigdy nie zrobiło i nie przypominam sobie żeby ktoś ze znajomych z jakimś specjalnym entuzjazmem to miejsce wychwalał. Dlatego tym bardziej ucieszyłem się jak parę miesięcy temu usłyszałem plotkę, że powstaje tam KFC, a podpytana przeze mnie jedna ze sprzedawczyń na stacji potwierdziła to.


   No i stało się, piękny rok 2018 zakończył się jak zwykle wielkim pijaństwem i płaczem piesków, a na jego miejsce przyszedł jeszcze piękniejszy rok 2019 budząc w ludziach nadzieje, że schudną, wreszcie sobie kogoś znajdą, nie będą oszukiwać szefa w pracy, a ze starymi przyjaciółmi odnowią kontakt, może nawet w przypływie samoogarnięcia uda się wyskoczyć na jakieś piwo z tym sympatycznym nowym kumplem, który już od dłuższego czasu proponuje i namawia, ale jednak kanapa, stary dres i nowy sezon Gry o Tron były póki co silniejsze. Z nowym rokiem otwarto również KFC, może nie z takim hukiem jak dwa lata temu Mak Kwaka albo dwa miesiące temu ten pawilon handlowy przez przekorę nazywany galerią, ale za to od razu dwa lokale, po jednym po każdej stronie ekspresówki.


   Podobno każdy z nich kosztował cztery miliony złotych więc trzeba będzie tam często jeździć żeby im się zwróciło. Plotka głosi, że mieli plan żeby otworzyć to później, ale remont poszedł szybciej niż ktokolwiek się spodziewał i w ten sposób otwierając lokal nie zdążyli przeprowadzić przewidzianych działań marketingowych ani odpowiedniego naboru pracowników w związku z czym poza szyldem nad drzwiami ciężko jest znaleźć gdziekolwiek reklamy czy informacje o otwarciu tego prestiżowego miejsca, a większość ludzi za ladą to ponoć przyjezdni z Kielc, Radomia i innych miejscowości, którzy mają to rozkręcić i pociągnąć aż skompletuje się lokalna załoga.


   Ja jako student pierwszego roku etnologii postanowiłem sprawdzić jak kultura walczącego w wojnie secesyjnej po stronie Unii niewolniczego południowego stanu Kentucky przyjmuje się u nas i będąc lekko przeziębionym zrezygnowałem dzisiaj z zajęć wf-u udając się z koleżanką i kolegą z grupy na lunch zjeść zestaw Zingera i kilka Hot Wingsów. Powiem wam, że wejść nie było łatwo, po przejściu wspomnianą już wcześniej wydeptaną ścieżką trzeba było wejść od tyłu od strony budowy, a my przeszliśmy do wejścia głównego gdzie czekała na nas gra w podchody przygotowana przez kogoś kto pewnie tęskni za czasami harcerstwa, ale wierzę, że za parę dni drzwi już będą naprawione i będzie można wchodzić od frontu.


   Reasumując, niezależnie od tego jak bardzo kocham kultowy Bar "Kurczak" na Górnym Rynku i z jakim sentymentem wspominam Bar "Złoty Kogut" na Śrutarskiej, niezależnie też od tego jak bardzo nie znoszę dominacji świata przez ponadnarodowe koncerny, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie to punkt, który odwiedzać będę regularnie przynajmniej przez najbliższe kilka lat i nawet Pamela Anderson kręcąc kolejne filmiki demaskujące jak traktowane są kurczaki w hodowlach dla tej sieci, ani też cieszyńscy samorządowcy tłumaczący mi osobiście, że nie jest to zdrowa dieta, nie są w stanie wyperswadować mi żebym przestał poddawać się pokusie jaka ciągnie mnie do tej jedynej w swoim rodzaju chrupiącej panierki. Może kiedyś zrezygnuję z tego jak już rzucę mięso, ale póki co to jedynie czasami rzucam mięsem. Jeśli macie podobnie to do zobaczenia w kolejce po zamówienie.

   P.S. Jak ktoś mi wypomni, że robię lokalowi reklamę i pewnie mi za to zapłacili to przyznaję się, że w maju 2017 jak wróciłem z wycieczki do Irlandii i resztkę złotówek wydałem na pendolino z Warszawy do Katowic to poszedłem do KFC na drugim piętrze pawilonu handlowego zwanego Galerią Katowicką i zamówiłem zestaw zapominając, że zostały mi już tylko banknoty euro. Sprzedawca zawołał wtedy managera, a ja zapytałem się go czy mogę zapłacić w euro albo czy wie gdzie jest najbliższy kantor. On popatrzył na moje bagaże i powiedział, że jeśli jestem w podróży to tym razem mam za darmo. Fajny gest więc poczułem dług wdzięczności.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

ŻYCZENIA NOWOROCZNE


   Chciałem pisać jakieś podsumowania o zmianach jakie zaszły w 2018 i planach na rok następny, ale pomyślałem, że w ferworze dzisiejszych obowiązków, robienia zakupów jakby co najmniej pół roku miały być sklepy nieczynne, szykowaniu arsenału petard bądź uspokajaniu swojego pieska, przygotowywaniu się do kłótni o to czy Owsiak to złodziej czy dobrodziej, prasowaniu koszuli i psikaniu się brokatem nie będzie specjalnie interesowało Cię ile dziur w drodze nowa pani burmistrz obiecała załatać, a ile jest realne, że załata. Uznałem więc, że lepiej będzie skupić się na emocjonalnej, sentymentalnej refleksji o tej niepowtarzalnej i jedynej w roku nocy na tle codziennego życia w dzisiejszych czasach.

Masz już zapewne opłaconą wejściówkę dla dwóch osób i wraz ze znajomymi zarezerwowany stolik w najmodniejszym lokalu w jednej z okolicznych miejscowości, udało Ci się też pewnie kupić w CCC super fancy szpilki za 120zł, w których wyglądasz jak gwiazda filmowa na gali rozdania Oscarów czy innych Złotych Globów. Ślub Twojej najlepszej psiapsi był na tyle dawno, że nikt nie powinien rozpoznać dzisiaj kiecki, którą wtedy na sobie miałaś, wyciągasz więc ją teraz najgłębszego zakamarka szafy, wciągasz brzuch, sprawdzasz czy w nią wejdziesz i na Twojej twarzy pojawia się uśmiech. Udało się, na szczęście, ciągle dajesz radę, te młode siksy będą patrzeć z zazdrością. Teraz tylko włożyć do push-up'a większe wkładki niż zwykle, spędzić tradycyjne trzy godziny przed lustrem, porobić się lekko białym półsłodkim na rozgrzewkę i jesteś ready do wyjścia.

Pół godziny przed północą będziesz już lekko napierdolona więc nabierzesz odwagi żeby zabrać swoją psiapsię na rytualny babski wypad do kibla gdzie strzelicie sobie przed lustrem sweet selfiaczka z butelką ruskoje igristoje w dłoni i z uśmiechami mówiącymi "bierzcie nas chłopaki bo życie to bal". Potem wrzucicie to tylko na story, na fejsa, na snapa, na insta i na co tam jeszcze chcecie, oznaczycie się, przyspotujecie, wrzucicie hasztagi i niech się świat ślini, a wy tymczasem jebniecie sobie po kresce taniej fetki, poprawicie majtki i makijaż, zgubicie w tym kiblu kolczyk, błyszczyk i resztki godności, a potem natychmiast wyruszycie niczym modelki po wybiegu prosto do swojego stolika gdzie czekać będą już zapewne kolejne schłodzone butelki z napisem "Żubrówka Biała" i stęskniony już pewnie za Tobą Twój obecny facet, dla którego tak jak dla Ciebie liczą się dzisiaj tylko Twoje tipsy, umalowane rzęsy, majtki z paskiem w dupie i proste pieprzenie.

Wybije północ, wyjdziecie spoceni na pole żeby się trochę przeziębić, wylać na siebie to tanie wino musujące, popatrzeć jak ktoś nieudolnie odpala fajerwerki, a ktoś inny w tym czasie daje komuś po ryju, rozdzielić ich szybko bo to przecież nie czas na bójki, życzyć każdemu wszystkiego najlepszego, potajemnie przelizać się ze swoim byłym i wrócić do środka się bawić bo tu zimno.

Nikt nie będzie miał tej nocy ochoty pamiętać, że gdzieś tam daleko jest prawdziwe życie i prawdziwy świat, w którym na imprezę jedzie się żółtą taksówką, a nie Wispolem, gdzie wódki nie zamawia się na butelki bo to obciach, gdzie na butelkach szampana jest napisane Champagne, a szpilki kosztują 2000€. Rano i tak przecież wstaniesz w południe na kacu i pójdziesz do lodówki, wypijesz na szybko browara na hejnał i chwycisz za telefon żeby zachrypniętym głosem zamówić pizzę z kurczakiem i ananasem na grubym cieście. Odpalisz Netflixa, połkniesz trzy ibupromy i zawiniesz się w koc żeby jakoś wydobrzeć bo na następny dzień znowu trzeba iść do roboty, przecież kredyt sam się nie spłaci, a marzenia trzeba spełniać żeby była od Twojego faceta miała ból dupy jak zobaczy foty. Może nawet zaciążysz w tym roku, pójdziesz na macierzyńskie, przytulisz 500+, a on w końcu zrezygnuje z meczy i piwa z kumplami, weźmie nadgodziny albo jakieś fuszki i jakoś uda się to wszystko do kupy posklejać czego z całego serca Ci życzę w nadchodzącym 2019 roku.

   Jeśli zaś nie jesteś osobą z tej opowieści to baw się dzisiaj w najlepsze, miej się przez cały rok pysznie, nie trać poczucia humoru i wiary w siebie, żyj zdrowo, kochaj innych i nie zapominaj czasami poczytać tych głupot, które będę wypisywał na Twojej ulubionej stronie BESKIT CIESZYŃSKI 43400. Dosiego!!!!!

P.S. Pamiętaj koleżanko i kolego, W ŻADNYM WYPADKU NIE PODNOŚ Z ZIEMI NIEDOPALONYCH PETARD BO LICHO NIE ŚPI!!!!!

piątek, 2 listopada 2018

DRUGA TURA WYBORÓW 2018 W CIESZYNIE



   Dwa tygodnie temu w Polsce odbywały się wybory samorządowe, które niestety w narracji medialnej zostały sprowadzone do kolejnej odsłony sporu pomiędzy zwolennikami rządu i tworzącej go partii Prawo i Sprawiedliwość, a jego mocno zdeterminowanymi przeciwnikami skupiającymi się głównie wokół partii Platforma Obywatelska tworzącej rząd poprzedni. Obie te partie wystawiły swoich kandydatów w większości gmin w kraju, obie też stworzyły sobie w większości gmin nieoficjalnych sprzymierzeńców po to aby zamydlić wyborcom oczy lokalnymi hasłami i przepchnąć do władz samorządowych swoich ludzi startujących z komitetów, których nazwy nie będą budzić niechęci wśród wyborców zniesmaczonych polską polityką na szczeblu centralnym.

   Jak się to ma jednak do Cieszyna? Czy u nas jest podobnie? Czy nasi kandydaci również są pionkami w grze prowadzonej przez osoby bawiące się w tą warszawską przepychankę? No i najważniejsze pytanie. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie?



   Zacznijmy od początku. Do wyścigu o fotel burmistrza naszego miasta stanęło tym razem (jak i poprzednim oraz jeszcze poprzednim) pięcioro kandydatów. Każdy z nich miał wokół siebie również grono osób ubiegających się o mandaty radnych. Po pierwszej turze wyborów listę radnych mamy już prawie kompletną, a z najważniejszego wyścigu odpadły trzy osoby. Powiedzmy więc sobie o nich słów kilka:

1. Czesław Gluza - były starosta powiatu cieszyńskiego i poseł na sejm RP, swego czasu bardzo nielubiany przez większość osób związanych z cieszyńskim szpitalem. Nie mam zielonego pojęcia co temu człowiekowi wpadło do głowy żeby kandydować, ale wydaje mi się, że po prostu podpuścił go ktoś mający swój interes w tym żeby odebrać trochę głosów innemu z kandydatów. Nie ma co jednak bawić się w teorie spiskowe bo ostatecznie zdobył on 605 głosów czyli mniej więcej tyle ilu mieszkańców liczą trzy bloki na którym z cieszyńskich osiedli.

2. Krzysztof Herok - cztery lata temu sam nieskutecznie kandydowałem z jego komitetu do rady miasta, ale mimo iż do dzisiaj pozostajemy w przyjacielskich relacjach to działalność Krzyśka przez te cztery lata w sferze publicznej nie urzekła mnie na tyle żeby i tym razem go poprzeć. Podobnie jak widać pomyśleli inni wyborcy przez co oddały na niego głos tylko 942 osoby czyli o ponad połowę mniej niż w poprzednich wyborach. Udało się jednak Krzyśkowi dostać do rady miasta więc liczę, że wykorzysta tą kadencję działając bardziej energicznie i prospołecznie niż poprzednią.

3. Joanna Wowrzeczka - z wszystkich pięciorga kandydatów to właśnie na nią postanowiłem oddać swój głos mimo iż podczas naszej wieloletniej znajomości poróżniliśmy się kilka razy z winy zarówno mojej, jej, jak i po prostu przez różnicę poglądów na niektóre sprawy. Nie zmienia to jednak faktu, że Asia moim zdaniem jest wśród tych pięciorga kandydatów osobą, której najbardziej byłbym w stanie zaufać. Podobnie pomyślało zapewne te 2657 osób, które na nią zagłosowały. Co więcej Asia dostała się też do rady miasta więc liczę, że dla Cieszyna nie będzie to mandat stracony.

   No i radni, tutaj był największy galimatias bo jak jest się mieszkańcem Cieszyna uczestniczącym czynnie w życiu swojego miasta to trzeba przyznać rację stwierdzeniu, że w każdym z pięciu komitetów było około trzy do pięciu osób znanych ze swojej działalności lokalnej i godnych zaufania, a cała reszta sprawiała wrażenie zupełnej przypadkowości, a nawet budziła obawy, że ktoś kandyduje tylko i wyłącznie po to żeby podnieść sobie ego, zobaczyć samego siebie na plakacie, a może nawet po to żeby zrobić na złość komuś kogo nie lubi.

   Skończyło się to tak jak się skończyło, nie chce mi się przepisywać listy osób, które dostały się do Rady Miasta, ale pewnie jesteście na tyle bystrzy, że sami sobie ją zdobędziecie węsząc po zakamarkach internetu. Tak czy inaczej dostało się kilka tych fajnych osób z różnych komitetów, ale też przeszło parę takich nazwisk, co do których miałbym właśnie obawy wspomniane w poprzednim akapicie i poważnie zastanawiałbym się nad ich wiedzą o pracy samorządu. Nie będę jednak nikogo krzywdzić rzucając nazwiskami tylko poczekam pięć lat żeby się przekonać kto będzie lojalną dla swojego klubu maszynką do głosowania, a kto wykaże się silną osobowością, ciekawymi inicjatywami i prawdziwym zaangażowaniem w sprawy naszego miasta.

   Przed nami jeszcze jedna odsłona wyborczego spektaklu, w najbliższą niedzielę przyjdzie nam zagłosować w drugiej turze wyborów na burmistrza miasta, do której dostało się dwoje kandydatów. Oboje byli przez ostatnie dwa tygodnie często widywani na cieszyńskim rynku podczas prowadzenia agitacji wyborczej, oboje mają przepięknie wyuczoną barwę głosu wzbudzającą u rozmówcy pozytywne emocje, oboje zdobyli bardzo podobny wynik w pierwszej turze, oboje mają wokół siebie zarówno grono silnych zwolenników jak i przeciwników, oboje też niestety przez tych drugich są posądzani o sympatie względem którejś z walczących pomiędzy sobą polskich partii politycznych, o których była mowa w pierwszym akapicie. Przeciwnicy Ryszarda Macury posądzają go o sympatię do PiS, a przeciwnicy Gabrieli Staszkiewicz zarzucają jej powiązania z PO. Żadne z dwojga kandydatów oficjalnie nie podpisuje się jednak pod nazwą którejś z tych partii, popatrzmy zatem co możemy o tych osobach powiedzieć.

   Gabriela Staszkiewicz - od około roku przewodnicząca Rady Miasta Cieszyna po tym jak pełniący tą funkcję Krzysztof Kasztura zrezygnował z powodów osobistych.
   Poza tym nasza kandydatka pracuje z tego co mi wiadomo na jakimś całkiem niezłym stanowisku w Polifarbie, który od paru lat nie nazywa się już Polifarb tylko PPG. Może teraz skrzywdzę panią Gabrielę, ale poza tym co napisałem to absolutnie nic o niej nie wiem w kontekście działalności publicznej. Owszem, kilka osób znanych mi z życia społecznego w naszym mieście potrafiło w prywatnych rozmowach ze mną żonglować jej imieniem odmieniając tą "Gabrysię" przez wszystkie przypadki tak jakby znali ją całe życie i od przynajmniej 550 lat śledzili jej poczynania w różnorakich miejskich ruchach społecznych, ale wątpię żeby którakolwiek z tych osób wiedziała jeszcze rok wcześniej chociażby o istnieniu takiej osoby jak Gabriela Staszkiewicz. Ja śledzę w miarę uważnie życie naszego miasta już lat kilkanaście, a od ponad sześciu lat opisuję je tutaj i szczerze przyznam, że jako szeregowa radna zupełnie ta pani nie była mi znana, a z jej nazwiskiem spotkałem się po raz pierwszy dopiero jak została przewodniczącą rady.
   Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem nieoficjalnie, że CRS chce ją wystawić w wyborach na burmistrza i mniej więcej wtedy też jej córka naubliżała mi w jakiejś pyskówce internetowej co nie miałoby dzisiaj najmniejszego znaczenia gdyby nie to co miało miejsce w ciągu ostatnich kilku tygodni.
   Nie śledziłem jakoś specjalnie kampanii wyborczej przed pierwszą turą bo wiedziałem na kogo chcę zagłosować więc nie widziałem jakie spory odbywają się pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami poszczególnych kandydatów. Ideologicznie jest mi znacznie bliżej do pani Staszkiewicz niż do pana Macury więc gdyby dwa tygodnie temu w lokalu wyborczym ktoś mi powiedział, że Asia Wowrzeczka odpadła i mam natychmiast zagłosować na kogoś z tych dwojga to pewnie bez wahania postawiłbym X przy nazwisku pani Gabrieli, ale przez ostatnie dwa tygodnie nadrobiłem lokalną prasówkę wyborczą i jestem zniesmaczony tym jak osoby z otoczenia tej kandydatki prowadzą retorykę mającą rzekomo agitować do oddania na nią głosu.
   Obok wyuczonego uśmiechu i przepięknego łagodnego głosu pani Staszkiewicz logiczne argumenty i pomysły na Cieszyn gubią się w gąszczu pychy, buty i pewności siebie połączonej z brakiem szacunku do adwersarzy. Do tego dochodzi masowe atakowanie kontrkandydata pod każdym możliwym pretekstem, a nawet sytuacje, z których mogłoby wynikać, że celowo prowokowane jest zaistnienie takich pretekstów.
   Nie wiem na ile jest temu winny pan o inicjałach DM pracujący przy prowadzeniu tej kampanii, ale na ile znam go osobiście, a znam bardzo dobrze, to wiem, że jest on osobą bezwzględną, bez skrupułów, bez szacunku dla jakiejkolwiek przyzwoitości i lubuje się w dokuczaniu, tworzeniu fikcyjnych kont w internecie, napuszczaniu ludzi nawzajem na siebie i tworzeniu atmosfery nakręcającej nienawiść. Jeśli takim ludziom pani Gabriela Staszkiewicz pozwoliła się otoczyć podczas kampanii wyborczej i w taki sposób pozwoliła ją prowadzić to mam poważne obawy o to jakimi ludźmi będzie się chciała otaczać po ewentualnym objęciu stanowiska burmistrza i w jaki sposób zamierza ten urząd prowadzić, bo jeśli w podobny jak kampanię to nie życzę sobie ani nikomu innemu żebyśmy musieli przez te pięć lat coś ważnego w tym urzędzie załatwić.

   Ryszard Macura - od czterech lat Burmistrz Miasta Cieszyna wybrany w drugiej turze wyborów w 2014 roku uzyskując około 6300 głosów i pokonując tym urzędującego wcześniej burmistrza Mieczysława Szczurka, który w tych wyborach zdobył prawie o połowę mniej głosów.
   Moim zdaniem pan Macura nie był złym burmistrzem, prowadził swój urząd poprawnie i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że robił to lepiej niż poprzednicy. Nie zmienia to jednak faktu, że oczekiwałem po tej kadencji czegoś więcej niż tylko poprawności, oczekiwałem zmiany kierunku rozwoju, na którą Cieszyn czeka od wielu lat, a której nawet symptomów nie zauważyłem, a zamiast tego zaobserwowałem powielanie dotychczasowych metod działania i mimo iż bardziej skuteczne i lepiej sfinalizowane to jednak identyczne jak u poprzedników sposoby na prowadzenie promocji miasta, organizację życia kulturalnego, brak wizji na rozwój turystyki przyjazdowej, brak wystarczająco żywej współpracy z innymi gminami naszego regionu po polskiej jak i czeskiej stronie granicy i wiele innych niedociągnięć.
   Jeśli chodzi o obietnice wyborcze to zrobiłem z panem Macurą wywiad przed drugą turą wyborów w 2014 roku i jak niektórzy mawiają to wygrałem mu tym wywiadem tamte wybory, zrobiłem też z nim wywiad w połowie kadencji. Jeśli temat was interesuje to pogrzebcie w archiwum mojego bloga i poczytajcie jaką wizję Cieszyna przedstawiał cztery i dwa lata temu pan burmistrz i co z tego udało się mu zrealizować.
   W czym jednak boli mnie najbardziej działalność obecnego burmistrza to sprawy ideologiczne. Cztery lata temu Ryszard Macura zarzekał się, że jego współpraca z kościołem katolickim nie odbije się na pracy dla miasta i nie sprawi dyskomfortu mieszkańcom niewierzącym bądź praktykującym inne wyznania. Spodziewałem się oczywiście, że imprez kościelnych będzie w mieście więcej, ale liczyłem na to, że nie będzie mi to przeszkadzało. Kiedy jednak przyjechał do mnie znajomy z czeskiego Pilzna i nie mogliśmy zjeść spokojnie śniadania "Pod Merkurym" na rynku bo obok tłum ludzi wyśpiewywał różańcowe modły klękając przed księdzem roznoszącym komunię to było mi wstyd widząc życzliwy uśmieszek mojego znajomego, który z niedowierzającym spojrzeniem przyglądał się tym rytuałom wyglądającym jakby były żywcem przeniesione z średniowiecza.
   Podobny niesmak spotkał mnie jak dowiedziałem się kiedy udało nam się w zeszłym roku powiesić na wieży piastowskiej odtworzoną flagę Księstwa Cieszyńskiego, a w tym roku pan burmistrz kazał ją ściągnąć i zastąpić flagą biało-czerwoną tłumacząc się przygotowaniami do obchodów setnej rocznicy niepodległości Polski. Co zaś do samych tych obchodów to smutny jest też fakt, że cztery lata temu Ryszard Macura jako jeden ze swoich głównych priorytetów uznał oszczędności w świetle ogromnego zadłużenia naszego miasta, a mimo to przebił trzykrotnie organizowaną przez swojego poprzednika szopkę z okazji rocznicy zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem i wydał z naszych pieniędzy około pół miliona złotych na ten cyrk, który kazał zorganizować na rynku dwa tygodnie temu. Grrr, znowu się zdenerwowałem pisząc o tym, chyba więc będę musiał poświęcić tym obchodom osobny tekst, może jutro się uda.

   Reasumując ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie będzie to łatwa decyzja na kogo oddać swój głos w wyborach bo żadne z dwojga kandydatów nie budzi we mnie jakiejkolwiek nadziei na to, że za pięć lat Cieszyn będzie bardziej zbliżony to takiego miasta jakie mi się tutaj marzy. Jeśli zaś idzie o podejrzenia o współpracę z wielkimi polskimi partiami politycznymi to wcale nie dziwię się tym, którzy te podejrzenia wysnuwają bo zarówno wiele działań urzędu pana Macury przypomina niesławne sposoby pracy PiS jak i wiele działań sztabu pani Staszkiewicz przypomina niesławne sposoby pracy PO. Jednego jednak możemy być pewni, jedno z nich dwojga będzie miało przez najbliższe pięć lat szansę pracować jako burmistrz Cieszyna, a drugie z nich będzie mogło działać w radzie miasta bo dostali się tam oboje. Każde z nich będzie więc miało szansę umocnić opinię publiczną w swoich podejrzeniach bądź pokazać, że dobro Cieszyna stawia sobie wyżej niż polską politykę, a za pięć lat wszyscy osądzimy jak im to wyszło.

   Jeśli jesteście ciekawi na kogo ja oddam swój głos to odpowiadam, że nie wiem, może nawet wcale nie pójdę do wyborów tylko tak jak w przypadku wyborów parlamentarnych zabiorę worek i pójdę w góry zbierać śmieci czym może bardziej przysłużę się swojej ziemi niż gdybym dodał jeden do liczby głosów na któregoś z dwojga kandydatów, co do których wcale nie jestem przekonany. No ale do niedzieli jeszcze trochę czasu więc może zmienię zdanie i na kogoś zagłosuje... tak czy inaczej niech wygra demokracja.

czwartek, 18 października 2018

JAK KRĘCILI U NAS FILM "KLER"

Przez ostatnie kilka dni cieszyński rynek zmieniał się w plan filmowy co wielu przechodniów bacznie obserwowało podziwiając rosyjskojęzyczne szyldy sklepowe i wystrój przypominający czasy pierwszej wojny światowej, ale nie wszyscy wiedzą, że w zeszłym roku na terenie Księstwa Cieszyńskiego kręcone były zdjęcia do filmu "Kler", który od kilku tygodni przyciąga tłumy ludzi do sal kinowych w Polsce.

Foto: ze zwiastunu filmu

Nakręcenie "Kleru" nie było łatwym przedsięwzięciem dla Wojciecha Smarzowskiego bo jak nam wszystkim dobrze wiadomo kościół katolicki nie lubi krytyki, a jego hybryda działająca w Polsce tym bardziej. W związku z tym żeby nie było problemu z ujęciami kręconymi we wnętrzach i na obejściach świątyń twórcy filmu po nieudanej próbie dogadania się z kurią krakowską postanowili nakręcić film w Czechach, a konkretnie na Zaolziu. Powód był prosty, jest to teren poza jurysdykcją polskiego episkopatu, lokalny biskup zgodę wyraził, daleko nie jest, z miejscową ludnością można się dogadać po polsku, a architektura nie odbiega od tej jaką widz w Polsce zna ze swojej okolicy. Ostatecznie więc sporo zdjęć do filmu powstało w czeskiej części naszego Księstwa.



W cieszyńskim kinie Piast film ten będzie wyświetlany dopiero jutro, ale ostatnio odwiedził mnie kolega z Austrii, który bardzo chciał ten film zobaczyć więc mimo iż nie lubię plastikowego klimatu multikin to wybrałem się z nim do Bielska gdzie uważnie oglądałem całą produkcję przywiązując szczególną uwagę do plenerów i starając się rozpoznać miejsca znane mi z naszej okolicy. Nie było łatwo, ale ostatecznie niemal bezbłędnie namierzyłem miejsca kręcenia scen związanych z parafią księdza Kukuły granego przez Arkadiusza Jakubika, z parafią księdza Trybusa granego przez Roberta Więckiewicza oraz sceny odbywającej się przy klinice aborcyjnej, którą w filmie odwiedza partnerka jednego z księży.

Kilka dni później założyłem firmowy T-shirt i pojechałem w trasę sprawdzić czy moje trafienia były celne, a mój serdeczny przyjaciel Marcin Bajda zgodził się towarzyszyć mi i zrobić kilka zdjęć. Tak też dotarliśmy pod filmową klinikę aborcyjną w centrum Ostravy gdzie w rzeczywistości znajduje się Laserové Léčebné Centrum, a jakby ktoś chciał dokładnie znać adres to jest to ulica Velká 3051/17.



Równie łatwo udało się odgadnąć filmową parafię księdza Kukuły, w którą wcielił się kościół Narodzenia Maryi Panny w Orlovej, a jak później pogrzebałem trochę w internecie to znalazłem nawet wypowiedź na temat filmu, jakiej udzielił proboszcz tej parafii, ksiądz Rafał Józef Wala "Producenci filmu mieli zgodę od moich przełożonych z kurii w czeskiej Ostrawie. Mieli pozwolenie, nakręcili, co trzeba, posprzątali po sobie i wypłacili nam pieniądze. Wszystko odbyło się normalnie. Nie mam w związku z tym żadnych kłopotów. [...] Bardzo lubię filmy Smarzowskiego; zwłaszcza ”Wołyń” zrobił na mnie piorunujące wrażenie, naturalnie więc wybiorę się na ”Kler”. Ja wiem, że tematyka tego filmu – pedofilia i inne problemy Kościoła – jest wrażliwa, ale przecież mówi o tym otwarcie sam papież Franciszek. Chcę zobaczyć, jak problemy Kościoła widziane są z zewnątrz. A poza tym chcę zobaczyć, jak na ekranie wypadła moja parafia."



Parafię księdza Trybusa było namierzyć najtrudniej, najpierw byłem pewien, że jest to kościół Wniebowzięcia Maryi Panny w Hnojniku, ale jak pod niego podjechałem to w pobliżu było zbyt dużo zabudowań, a w filmie kościół stał w szczerym polu. Pomyślałem więc, że okoliczne budynki usunięto przez jakiś green screen czy inne sztuczki filmowe, ale nie poddawałem się w dochodzeniu do prawdy. Niestety w internecie ciężko o jakiekolwiek fotosy z filmu więc posiłkując się jedynie kilkoma sekwencjami wychwyconymi w oficjalnym zwiastunie porównałem architektoniczne elementy wykończenia z kościołem w Hnojniku i okazało się, że pomyłka, ale mogę sobie wybaczyć bo obiekt rzeczywiście bardzo podobny.

Foto: wikipedia

Zrobiłem więc prywatne śledztwo, okazało się, że mój kolega z uczelni (jeśli nie wiecie jeszcze to poszedłem ostatnio na studia) statystował i trochę pomagał w tłumaczeniu przy produkcji tego filmu, ale on też nie wiedział gdzie to jest bo on tylko w Orlovej był. Swoją drogą mówił, że zimowa scena gdzie wszyscy w ciepłych płaszczach i kurtkach śpiewają "Boże coś Polskę" była kręcona w lecie w okresie największych upałów więc było bardzo gorąco. No a ja brnąc dalej zarwałem noc przed internetem i w końcu się udało znaleźć jakąś relację z planu napisaną w języku czeskim kiedy jeszcze nie był znany tytuł filmu i figurował on roboczo jako "3". Teraz już wszystko stało się jasne, po prostu to było już poza Księstwem Cieszyńskim więc miałem prawo nie rozpoznać tego kościoła, który mieści się na Śląsku Opavskim w miejscowości Košetice, w gminie Velké Heraltice, 95km od Cieszyna.

Foto: Deník / Kaboň Lukáš

Jak już mówiłem film "Kler" można zobaczyć od jutra (19 X 2018) w cieszyńskim kinie Piast. Polecam każdemu, zarówno zwolennikom jak i przeciwnikom kościoła katolickiego pragnącym zobaczyć gorzką prawdę o tej instytucji, ale też osobom zupełnie niezwiązanym z kościołem tym czy jakimkolwiek innym bo film pokazuje też smutną, ale uniwersalną prawdę o wielu ludziach jacy działają pewnie w każdej społeczności powiązanej wzajemnymi interesami. Mam tu na myśli kłamstwo jakim wielu posługuje się by ugrać swój cel, drążenie kolejnych kłamstw potrzebnych do legitymizacji swojego działania , a także to jak potrafią po przyjacielsku poklepywać kogoś po ramieniu knując jednocześnie przeciwko niemu spisek za jego plecami. Wystrzegajmy się takich, a są oni nie tylko w kościele, ale też w polityce, w biznesie, w urzędach i pewnie u Ciebie w pracy czy w sąsiedztwie też. Jeśli poddamy się refleksji na ten temat to śmiało będziemy mogli powiedzieć, że ten film to bardzo dobry thriller psychologiczny opowiadający o współczesnym świecie.


czwartek, 13 września 2018

JESIENIĄ ZAWSZE ZACZYNA SIĘ SZKOŁA, A W KNAJPACH ZACZYNA SIĘ PICIE



   Kiedy ja chodziłem do liceum (94-99, pięć lat bo kiblowałem z historii) to nauka wyglądała tak, że przed ósmą rano można było iść jedynie na szybką pięćdziesiątkę do baru Zagłoba na Wyższej Bramie gdzie odpowiadało się sobie na dwa zasadnicze pytania "Idziemy do szkoły? Nie?" i później szło się szybko na rynek bo o ósmej otwierali Herbową i od samego rana było tam ciężko o wolne miejsca gdyż już na dobre pół godziny przed otwarciem pod drzwiami zaczynali gromadzić się zacni i dostojni wagarowicze ze wszystkich cieszyńskich szkół. Były dzieci lekarzy, osiedlowi chuligani, nowobogaccy, klasa robotnicza, a także młodzież z okolicznych wiosek. Herbowa była spoko, tam spotykało się ludzi, odpisywało zadania jeśli ktoś miał ambitny plan iść jednak do szkoły na jakąś lekcję, zawiązywało się też sojusze i po dwóch piwkach szło się dalej w miasto bo o 9, 9:30 i 10 otwierały się kolejne eleganckie miejsca gdzie można było spędzać czas żeby nie marnować go w szkole. Tak też w zależności od tego do jakiej grupy społecznej się należało to w takie miejsce należało się udać aby spędzić resztę czasu zajęć szkolnych, szybko się schlać i przed obiadem wytrzeźwieć. Możliwości było kilka: 

- Jak ktoś był taką osobą w stylu disco-dance, słuchał DJ Bobo, La Bouche i Fun Factory, nosił włosy na żelu, najnowszy model Levi's-ów, koszulkę z logiem jakiejś drużyny NBA, a zimą czapkę taką jak East17 to szedł wtedy do klubu billardowego na Menniczej gdzie wbrew nazwie mało kto grywał w billard. Wszyscy siedzieli na stołach, pisali kredą po ścianach, pili swój alkohol, handlowali towarami "z wędki" i generalnie uprawiali tzw. bumelkę. Był nawet taki okres, że jedna z barmanek przy niewiedzy właścicieli miała tam śpiwór i kilka miesięcy tam pomieszkiwała. Ogólnie to do dzisiaj nie mam pojęcia kto był właścicielem tego miejsca i dlaczego pozwalał na to wszystko co się tam działo. 

- Jeśli ktoś był bardziej rockowy, trochę mniej się mył, nosił naciągnięte swetry i zszurane buty, słuchał Kurta Cobaina, Red Hot Chilli Peppers i Rage Against the Machine, jeździł na Poniwiec na grzybki i walczył z systemem burżuazyjnym zawijając się zimą w arafatkę to mógł iść do "Złotego Koguta" na Śrutarskiej gdzie zawsze mógł spotkać towarzystwo swojego pokroju, zalać się w trupa, przyzgonić, przespać się godzinkę czy dwie na stole bądź pod stołem, a potem przetrzeć swoją obrzyganą czternastoletnią buzię i iść do domu bo mama czeka z obiadem i jeszcze potem trzeba iść do ciotki na korki z majfy.

- Jeśli zaś ktoś już nie mył się wcale i był prawdziwym metalem albo punkiem to mógł iść do Diabelskiego Młynu albo do Czech do Dziupli lub Jazz Clubu, ale tylko pod warunkiem, że nie siedział tam już od wczoraj. Młyn to był jakiś fenomen, zawsze ciężko było mi pojąć jak w tak małym miejscu może się zmieścić tak dużo osób, z których dodatkowo większość właśnie jednocześnie pije browara, pali papierosa, daje komuś w mordę i macha długimi włosami w rytm jakiegoś lajtowego Ramsteina. W końcu straż pożarna nie podbiła kiedyś odbioru i lokal został zamknięty. Jeśli zaś idzie o Dziuplę i Jazz Club to też była ciekawa sprawa, większość bywalców tych lokali nie miała pieniędzy więc wychodzili na tą ulicę Strelnicni i kroili każdego kogo spotkali. Rekordzista potrafił przejść z jednego do drugiego lokalu w czasie dłuższym niż godzina (to jakieś 200m) i "zarobić" parę tysięcy koron skuteczną metodą "dawaj drobne jak nie chcesz w ryj". Na szczęście czeska policja nie przeszkadzała młodym chłopcom uczyć się przedsiębiorczości.

- Nie można też zapomnieć o tych co nie chodzili po barach tylko do "salczaka" czyli salonu gier video, który znajdował się w tym wąskim połączeniu Starego Targu z Placem Teatralnym. Nie było wtedy gier na telefonach, nawet o "wężu" jeszcze nikt nie marzył, w domach się miało konsolę Pegasus albo ten chiński shit "990 in 1" lub komputer Atari, C64 albo Amiga podłączone do kineskopowego telewizora o przekątnej najwyżej 25 cali. Nie ma więc co się dziwić, że chłopaki całe kieszonkowe przeznaczali na zakup żetonów do gry i całymi dniami walczyli o swoją pozycję społeczną wcielając się w Sub-zero albo Scorpiona.

   To były piękne czasy i piękne miejsca, które wspominam zawsze jak widzę licealistów wchodzących do Herbowej. Czasami chciałbym podejść do nich i opowiedzieć im kilka opowieści o tym raju utraconym, ale boję się, że mogliby zacząć zadawać pytania dodatkowe i prosić o dobre rady, a wtedy jedyne co mógłbym im powiedzieć to, że rodzice mieli rację, trzeba było się uczyć, a myśmy się nie uczyli bo wydawało się nam, że mamy cały świat u stóp. 

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

HURA, W TYM ROKU ZNÓW SĄ WYBORY!!!!!

Ledwo z cieszyńskiego rynku zniknęły szpecące podobizny Piłsudskiego i innych fanatyków z początku ubiegłego stulecia, a już pojawiła się przepiękna biała tablica, którą niebawem udekorują plakaty z uśmiechniętymi twarzami ludzi obiecujących, że jeśli w październiku pójdziemy do urn oddać na nich głos to nasze życie stanie się piękniejsze.

Niestety są to tylko wybory samorządowe więc tym razem nie zobaczymy tu zdjęć wiernego swoim wartościom człowieka, który po kilku kadencjach w parlamencie z ramienia PO postanowił przez kolejną kadencję nadal zarabiać lecz tym razem z ramienia PiS, ale zapewne zobaczymy tu zdjęcie jakiejś ekstra laski, za którą poszlibyśmy nawet w ogień gdyby tylko w rzeczywistości wyglądała właśnie tak jak na tym podrasowanym zdjęciu, a najprawdopodobniej pojawi się też kilku jegomości zapewniających nas, że oddanie na nich głosu przyniesie nam dobrobyt głównie dlatego bo w każdą niedzielę chodzą klękać przed księdzem. Jaskółki mówią też o tym, że były burmistrz Szczurek i były burmistrz Ficek będą ramię w ramię kandydować z tego samego ugrupowania do rady powiatu, nie wiem ile w tym prawdy, ale gdyby tak się stało to byłoby to lekko mówiąc słabe dla wizerunku obu panów. Najprawdopodobniej też o fotel burmistrza poza obecnie urzędującym Ryszardem Macurą nie będzie się starał żaden z jego kontrkandydatów z roku 2014. Obietnic będzie wiele, jedni będą snuli wizje nowych miejsc pracy w fabrykach jakie zamierzają otworzyć w naszym mieście rzekomo zaprzyjaźnieni z nimi przedsiębiorcy, inni będą nas zapewniać, że pod ich administracją z Cieszyna zniknie smog, psie gówienka i dziury w drogach, a może i nawet pojawi się ktoś obiecujący sprowadzenie do grodu nad Olzą ponownie Romana Gutka z jego festiwalem.

Cztery lata temu sam dałem się namówić jednemu z komitetów wyborczych żeby kandydować do rady miasta, ale nie dostałem się ani ja, ani też wystawiony przez nasz komitet kandydat na burmistrza, Krzysztof Herok. Nie zmienia to jednak faktu, że przez całe te cztery lata bacznie śledziłem politykę lokalną i w miarę możliwości uczestniczyłem w debacie publicznej na tematy dotyczące naszego miasta i regionu. W związku z tym przez ostatni miesiąc zaczęły do mnie spływać propozycje żebym znowu kandydował, póki co takie propozycje padły trzy, a ja żadnej z nich jeszcze nie przyjąłem ani nie odrzuciłem. Ogólnie wolałbym tym razem uczestniczyć w tym cyrku raczej jako wyborca niż kandydat, ale jeśli któryś z komitetów zachwyci mnie swoim programem, pod którym będę się chciał podpisać to nie jest wykluczone, że zmienię zdanie.

Tak czy inaczej wszystko wskazuje na to, że urzędujący na stanowisku burmistrza Ryszard Macura pozostanie na nim przez kolejne cztery lata bo ciężko znaleźć w Cieszynie osobę na tyle znaną i cenioną żeby mogła zagrozić burmistrzowi urzędującemu w miarę poprawnie, a wszyscy przecież dobrze wiemy, że cała wierna armia pracowników największego cieszyńskiego pracodawcy jakim jest samorząd, będzie lojalnie głosować tak aby status quo zostało zachowane bo boją się o swoje miejsca pracy jakie ich zdaniem nowy burmistrz mógłby obsadzić swoimi ludźmi.

Nie zmienia to jednak faktu, że będzie widowisko, a fikcyjne postacie na internetowych forach będą przez kilka tygodni obrzucać błotem swoich konkurentów w wyścigu po wymarzoną posadę. Nie pozostaje więc nic innego tylko przygotować sobie spory zapas popcornu i śledzić to wesołe przedstawienie, a jak już komuś z szlachetnego grona zaufamy to może nawet ewentualnie poświęcić kilkanaście minut swojego cennego czasu i przejść się oddać swój głos. Jeśli zaś idzie o główny wątek spektaklu to pamiętajmy, że cztery lata temu Ryszard Macura w pierwszej turze uzyskał około 2100 głosów, a w drugiej wygrał uzyskując ich nieco ponad 6300, niezależnie więc od wyniku będzie można porównać czy liczba jego zwolenników zwiększyła się czy może wręcz przeciwnie.