wtorek, 3 września 2019

ZNIKA JEDEN Z NAJBARDZIEJ ZNANYCH MURALI





W Cieszynie na rogu Chrobrego i Garncarskiej jest przedszkole numer 8, do którego chodziłem w latach 1982-86, a przed bramą do niego stoi dom, w którym moja mama mieszkała w latach pięćdziesiątych zanim wybudowano blok, w którym mieszkamy do dzisiaj. Na ścianie tego budynku od wielu lat mogliśmy oglądać mural przedstawiający telewizor z obrazem kontrolnym, ostatnio jednak pojawiło się tam rusztowanie i pracownicy firmy ocieplającej budynek płytami styropianowymi.

Mural ten powstał w ciekawych okolicznościach, kiedy festiwal filmowy Romana Gutka "Nowe Horyzonty" po pierwszej edycji w Sanoku przeniósł się do Cieszyna to wszyscy mieszkańcy miasta oszaleli na punkcie festiwalowych wydarzeń, w związku z czym każdego roku odbywało się ich coraz więcej. Podczas czwartej edycji tej imprezy, a trzeciej odbywającej się w Księstwie nad Olzą, do organizacji włączyła się także warszawska Fundacja Galerii Foksal przygotowując cykl przedsięwzięć artystycznych pod nazwą "Akcja Równoległa", w ramach której jedną z realizacji był właśnie ten mural wykonany przez współpracującą z fundacją artystkę, Monikę Sosnowską.

Pamiętam świetnie uroczyste odsłonięcie tego muralu bo wypożyczałem wtedy organizatorom na dwie godziny sprzęt nagłaśniający za co dostałem 400zł, a sam miałem ten sprzęt wypożyczony od Hermana z Bielska na tydzień za 200zł, co więcej na otwarciu załapałem się jeszcze na darmowe wino musujące i koreczki z oliwkami i tanim camembertem. Pamiętam też zapewnienia fundatorów instalacji, że zgodnie z umową z właścicielem ściany, mural będzie ją dekorował przez najbliższe 10 lat.

Dziś mija lat 15 od tych wydarzeń i mogę o tym muralu powiedzieć przynajmniej dwie ciekawe rzeczy. Po pierwsze nie dość, że wytrzymał dłużej niż zapowiadano, to owiał on to miejsce jakąś ochronną powłoką i dziwnym trafem cieszyńscy autorzy nielegalnego graffiti przez całe 15 lat omijali tą ścianę nie wymalowując na niej nawet niewielkich tagów. Po drugie zmieniły się czasy, technika poszła do przodu i tradycyjnych telewizorów kineskopowych z niesymetrycznym frontem zawierającym poza ekranem panel sterujący i głośnik mono, używa już bardzo niewiele osób poza mną, więc jak znajomi odwiedzają mnie i widzą takie urządzenie to czują się jak w muzeum techniki, podobną refleksję miał pewnie w ostatnich latach każdy kto zatrzymał się pod tym muralem i chociaż na moment skupiał się nad jego estetyką.

Jeśli więc mural znika już z przestrzeni publicznej naszego miasta to fajnie byłoby jakby jego miejsca nie zajęła ściana o jednolitym kolorze tylko jakieś malowidło przynajmniej równie ciekawe, a może nawet jego kopia. Znalazłem autorkę w wikipedii i widzę, że żyje, a ostatnią opisaną tam wystawę miała w 2015 roku, więc chyba jest nadal czynna artystycznie. Mój kolega Herman naprawia teraz włoskie skutery i produkuje wodę mineralną więc głośników pewnie już nie ma do wypożyczenia, ale ja mogę jakieś inne załatwić gdyby parę stówek miało mi znowu wpaść do kieszeni, a może nawet za darmo bym coś ogarnął z sentymentu do sztuki i darmowego podjadania na salonach. Z tego co słyszałem to jest już jakiś wstępny pomysł na tą ścianę, ale o to najlepiej zapytać się w cieszyńskim ratuszu.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

BASEN NA UŚ-U W CIESZYNIE MA 27 LAT


   To był piękny dzień, 1 kwietnia 1992, niestety mało osób przyszło tego dnia skorzystać z basenu bo większość Cieszyniaków pomyślała, że to żart na prima aprilis. Basen był bowiem budowany już wiele lat i mimo iż hala sportowa w budynku bardziej oddalonym od głównych pawilonów uczelni oddana była do użytku już w 1988 roku, to basen ciągle stwarzał jakieś problemy i budowa się przeciągała. Jak się jednak okazało, nie był to dowcip i od tego dnia przez okrągłe 27 lat basen służy studentom oraz wielu innym odwiedzającym go ludziom z zewnątrz.


   Przez te wszystkie lata basen nie przechodził większych modernizacji i panujące w tym obiekcie warunki zostały już jakiś czas temu wyprzedzone przez współcześnie oczekiwane standardy, ale z tego co mówią jaskółki to duży remont zbliża się wielkimi krokami. Nie jest to niestety łatwa rzecz bo jest to dość droga inwestycja, finansowana do tego z kilku źródeł więc pogodzenie wszystkich wymagań formalnych jest nie lada wyzwaniem.

   Wbrew modnemu ostatnio powiedzeniu "kiedyś to było" zachwalającemu stare, dobre czasy, udało mi się dotrzeć dzisiaj do planów konstrukcyjnych budynku, na których znalazłem datę projektu... czerwiec 1976 roku. Wychodzi więc na to, że budowa od ukończenia projektu do dnia otwarcie trwała 16 lat, a kto te czasy pamięta, ten się temu nie powinien dziwić. Ciężko było wtedy bowiem o wszystko, samo posiadanie budżetu na inwestycję nie gwarantowało jej zrealizowania, trzeba było jeszcze mieć kontakty żeby zdobyć materiały budowlane, sprzęt, odpowiednio wyszkolone brygady pracowników i przejść wszelkie procedury prawne i biurokratyczne.


   W świetle tych dat oczekiwany od dawna remont pewnie i tak przebiegnie nieporównywalnie szybko, a póki basen działa w starej oprawie to korzystajmy z niego bo niewiele miast wielkości Cieszyna ma tak duży kryty basen, w którym można popływać za 8zł, a zapewne po remoncie, tutaj cena też będzie dwa razy wyższa.


   Dla mnie ten basen zawsze będzie miejscem sentymentalnym bo mój dziadek pracował na UŚ-u jak go budowali, później chodząc do LOTE miałem tu zajęcia z WF-u i co roku zawody szkolne, dziesięć lat po maturze robiłem tu uprawnienia ratownika WOPR, a kolejne dziesięć lat później poszedłem na studia dzienne na UŚ i znowu raz w tygodniu mam tu WF. Mam więc nadzieję, że za następne 30 lat nadal będę mógł korzystać z tego obiektu, do którego mam z domu zaledwie 10 minut piechotą idąc przemiłą okolicą i mijając ogród gdzie czasami biega mój ulubiony pies.

                                                                   POST SCRIPTUM

   Po ukazaniu się tego tekstu dostałem prywatną wiadomość z kręgów bliskich basenowi z wyjaśnieniem jak wygląda sprawa remontu. Otóż całkowity koszt inwestycji przewidziany jest na 12 milionów złotych, a źródła finansowania rozkładają się tak: 3,5mln z ministerstwa, 0,5mln ze starostwa, 1mln z miasta i pozostałe 7mln uczelnia musi dołożyć ze środków własnych. Nie wiadomo więc czy się to uda. Biorąc jednak pod uwagę, że zajęcia uczelniane wypełniają jedynie 20% harmonogramu basenu, a godzin ogólnodostępnych jest dwukrotnie więcej, to widzimy, że obiekt używany jest głównie przez mieszkańców Cieszyna nie będących studentami UŚ. Pozostałe 40% czasu to godziny zarezerwowane przez komercyjne podmioty wynajmujące basen, głównie cieszyńskie licea oraz szkółki pływania i inne firmy organizujące zajęcia z rekreacji w wodzie. Pieniądze z tych godzin to nie jest żaden dodatkowy zarobek dla uczelni, ale wpływ do kasy konieczny do pokrycia kosztów bardzo drogiego w utrzymaniu obiektu jakim jest basen, podobnie zresztą jak większość basenów na świecie. Co więcej uczestnicy tych komercyjnych zajęć to też w znacznej większości nie są studenci, a mieszkańcy miasta. Może więc w świetle tych faktów władze Cieszyna wygospodarowałyby jeszcze coś więcej niż ten skromny milion albo pomogły w pozyskaniu jakiejś dotacji unijnej. Czasy się zmieniają, kiedyś o wszystko było ciężko, dzisiaj wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki, ale najpierw trzeba mieć z czego za to zapłacić.

niedziela, 17 marca 2019

CIESZYNIAK NAJLEPSZYM BARISTĄ IRLANDII - ROZMOWA Z WOJCIECHEM TYSLEREM


   Wojtka znam jakieś dwadzieścia lat i trzymając się z nim przez większość tego czasu w jednej paczce znajomych, miałem okazję obserwować różne jego fascynacje, jazdę na rolkach, deskorolce, rowerze BMX, gry komputerowe, zbieranie nietypowych modeli telefonów i długo by można jeszcze wymieniać mniej lub bardziej ambitne oraz mniej lub bardziej abstrakcyjne pomysły na uatrakcyjnienie sobie życia. Wszystkie te rzeczy miały jednak jeden wspólny mianownik, jeśli Wojtek coś robił, to robił to tak, żeby wyciągnąć z tego maksimum możliwości, niczego nie robił na pół gwizdka, wszystkiemu się oddawał bez reszty. Nie było więc wielką niespodzianką, że jak zaczął się zawodowo zajmować kawą, to stał się wręcz fanatykiem wszystkiego, co z tym czarnym napojem związane, a taki fanatyzm, jak wiadomo, prowadzi prostą drogą na podia prestiżowych konkursów i tak właśnie po latach starań Wojtek mieszkający już od kilkunastu lat w Dublinie, zdobył tytuł najlepszego baristy na zielonej wyspie, a niebawem będzie brał udział w mistrzostwach świata w tej profesji, które odbędą się w Bostonie w stanie Massachusetts w USA.

W związku z tym sukcesem spróbowałem namówić go do podzielenia się swoimi wrażeniami i emocjami związanymi z konkursem i całą tą baristyczną karierą, co zaowocowało w bardzo sympatyczną rozmowę, która tym razem może nie odbyła się na placu zabaw obok internatu na osiedlu Liburnia ani też na ławce nad Liffey river przy uroczej parce żuli, ale na elektronicznych łączach gdzie w XXI wieku bywa równie wesoło i miło.


BC43400 - Na czym polega taki konkurs, jak się do niego przygotowywałeś i czego obawiałeś się u swoich rywali?

Wojciech Tysler - Na prezentację zawodnicy maja 15 minut i ani sekundy dłużej (każda sekunda to jeden punk karny), w tym czasie trzeba zaprezentować swoja kawę, opowiedzieć o niej jak najwięcej , jakie smaki z niej uzyskamy, skąd pochodzi i jak była palona, no i ogólnie dlaczego ją akurat wybrałeś. Trzeba podać cztery espresso, cztery drinki mleczne i cztery signature drinks (nie można używać alkoholu). Przez cały czas zawodnik jest oceniany przez siedmioro sędziów (czterech sensorycznych ,dwóch technicznych i jeden główny).
Przygotowania trwały jakieś 3-4 miesiące przed zawodami. Na początku trzeba wybrać kawę i to chyba jest najtrudniejsze, w tym roku na pierwszy stół położyliśmy ponad 20 kaw i trzeba było wybrać tą jedną wyjątkową. Druga sprawa to trzeba wymyślić koncept całej prezentacji, stworzyć signature drink (swój własny autorski napój oparty na kawie - red.) i poskładać to wszystko w całość, jednym słowem ciężka praca.
Czy obawiałem się rywali? Do finału przechodzi sześciu zawodników wiec każdy z nich prezentuje wysoki poziom, jednym z finalistów był ubiegłoroczny champion Irlandii.

BC43400 - No i jakie wrażenia po zdobyciu pierwszej nagrody? Zapewne jest zarówno radość, ale też stres przed mistrzostwami świata. Jak reagują ludzie z Twojego otoczenia prywatnego i zawodowego, pomagają się cieszyć czy nakręcają ten stres?

Wojciech Tysler - Ogromna radość, czekałem na to pięć lat, mam na koncie dwukrotne trzecie miejsce, drugie i czwarte, po pięciu latach w końcu Champion! Przygotowania do mistrzostw świata trwają pełną parą, a czasu zostało niewiele więc stres towarzyszy mi praktycznie 24/h. Dostaję niesamowicie ogromny support od ludzi z pracy, rodziny i znajomych, raczej nikt nie nakręca stresu, a wręcz przeciwnie.


BC43400 - Skąd wziął się u Ciebie pomysł na taką karierę, to było spontaniczne czy powoli umacniałeś się w przekonaniu, że praca z kawą jest Twoją pasją?

Wojciech Tysler - Zaczęło się niewinnie, pracowałem przy robieniu kanapek, a na maszynę do kawy wskakiwałem z doskoku, jak nie było ruchu, cel miałem jeden - nauczyć się latte art, ale nim się obejrzałem byłem już head baristą w restauracji, gdzie spędziłem aż dziewięć lat za maszyną. Wtedy już wiedziałem, że kawa to moja pasja.

BC43400 - Masz swoją ulubioną kawę, którą pijesz chętniej niż wszystkie inne?

Wojciech Tysler - Tak, mam. Bardzo chętnie sięgam po Kenya.

BC43400 - Na czym w codziennym życiu polega Twoja praca i czy poleciłbyś ją początkującemu bariście?

Wojciech Tysler - Pracuję full time jako Barista trainer, codziennie szkolę nowych Padawanów, jak stać się rycerzami Jedi w świecie kawy. Czy poleciłbym początkującemu bariście? No raczej nie początkującemu, praca trenera to najlepszy zawód na świecie,  ale najpierw trzeba zdobyć wiedzę i doświadczenie, aby moc ją później przekazać.


BC43400 - Jakie grzechy są najczęściej popełniane w kawiarniach, które są Twoim zdaniem bezczeszczeniem dobrego podawania kawy?

Wojciech Tysler - Czas parzenia kawy (extraction time), czystość maszyn, przepalanie mleka , tyczy się to może nie tyle speciality coffee shops, co kawiarni, restauracji i hoteli.

BC43400 - Espresso, cappuccino, cafe latte, americano czy co? Jaka forma kawy pozwala najlepiej doznać jej walorów, a jaką formę lepiej pomijać?

Wojciech Tysler - Oczywiście espresso ,tutaj możemy poczuć prawdziwy smak i aromat danej kawy. Unikać powinniśmy dodawania cukru ,który zabija jej prawdziwy smak.


BC43400 - Czy poza zdobywaniem nagród, jest jeszcze coś, co chciałbyś w tej branży osiągnąć, czegoś się jeszcze więcej nauczyć?

Wojciech Tysler - Tak ,rozwijam się codziennie i cały czas się czegoś uczę. Świat kawy jest naprawdę ogromny, a ja chce nim żyć. Jeszcze w tym roku chciałbym ukończyć coffee diploma, ale Boston to aktualnie pierwszy plan.

BC43400 - Jeśli chciałbym Cię naśladować i szkolić się w tym kierunku to na czym powinienem się skupiać?

Wojciech Tysler - Wyjedź z Cieszyna! Haha! Przede wszystkim kawa musi być Twoją pasją, to nie tylko praca, to jest styl życia!!! Ciężka praca i konsekwentne dążenie do zamierzonych celów.

BC43400 - Jak często bywasz w Cieszynie? Planujesz odwiedziny w najbliższym czasie? Gdzie pójdziesz na kawę jak przyjedziesz? Dałbyś się namówić na jakiś publiczny performance, gdzie pokazałbyś, jak robią to najlepsi?

Wojciech Tysler - W Cieszynie bywam raz w roku, najbliższe odwiedziny planujemy na okres wakacji. Gdzie pójdę na kawę?, Hm, a co polecasz? Zaproponuj jakieś miejsce, a nie omieszkam odwiedzić. Przeważnie wizyty w Cieszynie wiążą się z bardzo napiętym grafikiem ,odwiedziny rodziny, znajomych , ale nie mówię nie , jeśli znajdę czas, to chętnie podzielę się moją wiedzą i pasją.







sobota, 16 lutego 2019

ROZMOWA Z ADAMEM CIEŚLAREM, DYR. DOMU NARODOWEGO


   Dom Narodowy w Cieszynie to instytucja z tradycją sięgającą ponad stu lat, ale po zmianach, jakie zaszły w Polsce w 1989 roku, nie działał zawsze tak, jak chcieliby mieszkańcy naszego miasta, czasami miał pecha do dyrektora, czasami nie było pieniędzy na działalność, czasami były one trwonione w niekoniecznie dobry sposób, czasami odbywały się wojenki personalne, a czasami umieszczano tam przypadkowe osoby z politycznego nadania. Przez cały ten czas Adam Cieślar był w jakiś sposób związany z tą instytucją, a od roku 1999 jest jej etatowym pracownikiem. Znam się z nim całkiem dobrze, wiele razy miałem okazję z nim współpracować i zdradzę wam sekret, nigdy się na nim nie zawiodłem. Zawsze starał się być odpowiedzialny za to co robi, otwarty na wszelkie pomysły, zaangażowany w działalność na którą się zdecydował, a jeśli się na coś nie zgadzał to była to zawsze przemyślana decyzja, a zamiast głupiego kręcenia potrafił stanowczo powiedzieć "nie" i uzasadnić dlaczego tak właśnie zadecydował. Z kandydatów na dyrektora COK Dom Narodowy wydał mi się więc jedynym rozsądnym kandydatem w ostatnim konkursie i ucieszyłem się jak pani burmistrz powierzyła mu ostatecznie to stanowisko. Nie mogłem się więc powstrzymać i wybrałem się do niego w odwiedziny, które zaowocowały w taką oto sympatyczną rozmowę.


1.         Twoje początki współpracy z tym miejscem to granie dyskotek na początku lat dziewięćdziesiątych. Czy potrafiłbyś przybliżyć czytelnikom specyfikę tamtych imprez i jakieś ciekawe smaczki, które wtedy były codziennością, a dzisiaj mogą wydawać się śmieszne z perspektywy czasu i zupełnie innych standardów?

   (śmiech) Wszystko było inne… Imprezy w piątkowe i niedzielne wieczory trwały od … 17.00 do 22.00. Potem grzecznie cała cieszyńska młodzież szła do domu. Chyba, że ktoś znał bramkarzy w Panotpicum… ale to inna historia. W szatni Domu Narodowego kupowało się paluszki i nie do końca zimne napoje. Grałem z kaset magnetofonowych lub czasami z winyli (igły
w  tonsilowskich gramofonach strasznie w tych warunkach skakały). Wtedy DJ to był ktoś. Dostęp do muzyki był słaby, więc „błyszczał” w towarzystwie nagrywając znajomym kasety
z nowościami dostarczanymi przez ekskluzywny serwis tylko dla dj-ów. Poza tym stałym elementem wystroju sali były – wiszące na ścianach niezniszczalne kolumny Altus
i obowiązkowe kolorofony.  Muzycznie to był czas przełomu – kończyło się niezwykle popularne u nas italo disco, nadchodziło nowe – muza klubowa, trance,  house i „czarne” rytmy wyznaczały trendy lat 90-tych.

2.          Mało kto zna dzisiaj Dom Narodowy lepiej niż Ty, jesteś w końcu pracownikiem tej instytucji od 20 lat i znasz pewnie nawet jej najmroczniejsze sekrety. Opowiedz proszę jakie przez ten czas pełniłeś tu funkcje, na czym polegała Twoja praca, jaką dała Ci wiedzę i doświadczenie, a jakim kapitałem swojej osoby wchodzisz w odpowiedzialną funkcję dyrektora?

Zanim 20 lat temu rozpocząłem moja zawodową przygodę z Domem Narodowym,  w czasie studiów pracowałem jako wolontariusz przy organizacji Festiwalu Teatralnego „Na Granicy”
 i Święta Trzech Braci. I to było coś – zwłaszcza Festiwal,  który wtedy był sztandarową imprezą Solidarności Polsko-Czesko- Słowackiej i powiewem prawdziwej wolności – również tej intelektualnej. A przy okazji był niezłym chrztem bojowym dla nieopierzonego animatora kultury
J. Później przygotowywaliśmy te i inne imprezy w naprawdę bardzo wąskim gronie pracowników i sympatyków COKu. Bez dzisiejszych gadżetów, nowoczesnej techniki, komunikacji powstawały duże rzeczy oparte na zaufaniu, partnerstwie i przyjaźni ponad granicami – geograficznymi i mentalnymi. Jako instruktor w COKu, miałem przyjemność przez te wszystkie lata pracować z kilkoma dyrektorami. Od każdego z moich poprzedników mogłem nauczyć się czegoś innego…

3.         Sporo osób kojarzy Cię głównie jako dj-a z nieistniejącej już „Zielonej Trójki” gdzie byłeś twarzą tego lokalu przez wiele lat, można powiedzieć, że stworzyłeś słynne „czarne piątki”, a poza tym do dzisiaj można Cię czasami spotkać zarówno jako dj-a jak i konferansjera w różnych miejscach nie tylko w Cieszynie. Co daje Ci praca z publicznością, jak wpływa to na Twoje działanie w pozostałych sferach życia zawodowego?

Praca z publicznością, jak sam wiesz, jest moją pasją, daje dużo satysfakcji i porządnego energetycznego kopa. A jej esencją jest bezpośredni kontakt z widzem- dla mnie szalenie ważny. Od kilku lat prowadzę Strefę Kibica w ramach Pucharu Świata w Skokach Narciarskich – tam ten kontakt jest naprawdę bliski. Na marginesie -  to bardzo fajna impreza i mam nadzieje dalej być jej częścią, niezależnie  od tego, gdzie  obecnie jestem.

4.       Stanowisko dyrektora to duża odpowiedzialność, Twoje decyzje wpływają na Twoją markę, ale Ty musisz być kompromisowy względem machiny biurokratycznej, względem swoich zwierzchników w ratuszu, względem innych instytucji kultury, a także względem swoich pracowników. Jak planujesz to wszystko pogodzić i jakie masz obawy z tym związane?

Obawy wielkie! Finansowe, organizacyjne… Przede wszystkim – zależy mi na pracy z zespołem ludzi, na których mogę polegać. Nie „cokersów” z fotek na FB, ale ludzi z krwi i kości, odpowiedzialnych, znających swoją pracę i traktujących ja jak pasję. Taką grupę współpracowników chcę stworzyć. Z drugiej strony - COK nie może być samoistnym bytem, istniejącym obok miasta. Jest ważnym elementem większej całości i dbając o swoją markę  musimy mieć tego świadomość . Dlatego – zawsze to podkreślam – tak ważna jest współpraca wszystkich instytucji i nieinstytucjonalnych animatorów kultury. Razem pracujemy dla dobra miasta i jego mieszkańców, co jest celem nadrzędnym.

5.       Współpraca z Uniwersytetem, z teatrem, biblioteką, książnicą, zamkiem, zespołem pieśni i tańca, z muzeami cieszyńskimi, z Czeskim Cieszynem i z jednostkami kultury sąsiednich gmin czy innych bliskich miejscowości. Najlepiej współpracować z każdym kto tej współpracy chce, nawet z prywatnymi firmami, ale zapewne masz w głowie jakieś priorytety jeśli chodzi o potencjalnych partnerów dla inicjatyw Domu Narodowego. Możesz o tym powiedzieć coś więcej?

Trochę już o tym powiedziałem wcześniej. COK jest w centrum miasta, w centrum zainteresowania (często niestety z powodów nie mających nic wspólnego z jego działalnością). Przede wszystkim – stawiam na inicjatywy obywatelskie, słuchanie głosu mieszkańców. Nie ważne, czy stoją za nimi instytucje, organizacje pozarządowe (bardzo dla mnie ważne), czy są osobami niezrzeszonymi. Dom Narodowy powstał ponad sto lat temu ze społecznej aktywności, po to, żeby tę aktywność wspierać i animować. I tej idei pozostaniemy wierni.

6.       Chyba nie tylko mieszkańcy Starego Targu cieszą się, że w Święto Trzech Braci nie będzie tam jazgotu karuzel, ale to przecież nie jedyna zmiana jaka nastąpi w tej imprezie. Zdradź jakie jeszcze zmiany planujesz wprowadzić żeby wnieść więcej świeżości w ten najbarwniejszy weekend roku w naszym mieście.

Karuzel na Starym Targu nie będzie – to już postanowione. To miejsce mamy nadzieję odkryć na nowo i przeznaczyć na bezpieczną, familijną rozrywkę dla całych rodzin . Warsztaty, interaktywne konkursy, spektakle teatralne, występy młodych wykonawców i artystów związanych przede wszystkim z naszym regionem – to wszystko i o wiele więcej będzie tam czekać na widzów. Rynek rezerwujemy dla wieczornych koncertów. Będą oczywiście – muzyczne gwiazdy. Ale Święto Trzech Braci to nie tylko estrady, koncerty, to również wydarzenia towarzyszące, sportowe i rekreacyjne. I tutaj też planujemy niespodzianki. Szczegóły – niebawem.

7.       Kino Na Granicy to chyba najlepszy produkt eksportowy Cieszyna jeśli chodzi o kulturę. Powszechne są jednak głosy, że takich wydarzeń potrzebnych jest więcej. Czy jest szansa, że miasto przy pomocy kierowanej przez Ciebie instytucji stworzy jakąś imprezę, która skutecznie wypromuje Cieszyn w odległych miejscach i przyciągnie tu duże rzesze uczestników?

No właśnie – Kino Na Granicy jest zdecydowanie największą imprezą, taką , która ściąga do Cieszyna wielu widzów. Ale nie jedyną . Cieszy mnie odradzanie się Festiwalu Teatralnego „Bez Granic” – mocno kibicuję jego organizatorom. Od kilku lat – głównie poza strukturami COKu pracowałem przy Brackiej – obecnie Piwnej Jesieni . Jest tam klimat, jest potencjał do dalszego rozwoju wydarzenia – w partnerstwie z Miastem. Browar znajdujący się na Szlaku Zabytków Techniki jest świadectwem industrialnego dziedzictwa Cieszyna. Czy jest miejsce na nowe duże eventy –z pewnością tak. Głośno mówi się już o jarmarku świątecznym z prawdziwego zdarzenia, z bogatym programem kulturalnymi szeroką ofertą handlową. Pracujemy też nad kilkoma innymi pomysłami…

8.       Od jakiegoś czasu Cieszyn nie ma MOSiR-u, a sport to przecież kultura fizyczna więc też kultura. Treningi dla sportowców prowadzą kluby, ale sportem widowiskowym nie ma się kto zajmować. Za rok mija dziesięć lat od udanej imprezy pod tytułem Freestyle City Festiwal, może byłoby warto ją odtworzyć, a może masz jakiś inny pomysł na duże widowisko sportowe?

Szkoda, że organizatorom Freestyle City Festiwalu  nie udało się w kolejnych latach przygotować kolejnej edycji w Cieszynie… Szkoda, że siatkarskiej „Plaży Open” też już nie ma w kalendarium naszego miasta… Na widowiskowe, sportowe wydarzenia w Cieszynie jest miejsce. Mamy tor motocrossowy, jest mało wykorzystana „Cieślarówka”, tereny „pod Wałką”, gdzie w prosty sposób i z niewielkimi nakładami zimą można przygotować trase dla narciarstwa biegowego … Ale są też oddolne, świetne inicjatywy – jak choćby  Park Run czy „Uliczne Granie”.

9.       Masz jakąś prośbę do mieszkańców Cieszyna? Może chciałbyś przekazać coś ludziom, którzy korzystają z oferty kulturalnej miasta, a może chciałbyś przekazać coś tym, którzy z niej nie korzystają?

Tak – jedną.  Nie mówcie proszę, że w Cieszynie nic się nie dzieje J

czwartek, 10 stycznia 2019

WISŁA, SKOLNITY, BESKIT I BESKIDY


   Początkowo ten tekst miał mieć tytuł "Beskit się sprzedał, cofajcie lajki", ale mimo iż bardzo mi się on podobał to nie byłby prawdą więc musiałem od niego odejść. Pewnie jednak zauważyliście, że pojawiły się u mnie ostatnio na fejsbuniu informacje o promocjach na wyciągu narciarskim Wisła Skolnity więc jakby nie było to coś musi być na rzeczy. Kto tak pomyślał, ten ma rację, przyznaję się i od razu rozwiewam wszelkie domysły i spekulacje, przez najbliższy sezon zimowy, a może też i letni zamierzam trochę promować to miejsce. Trochę czyli bez ostrego spamowania tylko z wyczuciem żeby nie zaśmiecać wam walla.


   Dlaczego akurat to miejsce, a nie pole golfowe w Ropicy albo basen w Skoczowie? Dlatego bo od dawna jeżdżę na desce, wcześniej jeździłem na nartach i zawsze uważałem, że sporty zimowe to najlepsza alternatywa dla znielubionego przeze mnie siedzenia przed tv w tym okresie kiedy aura nie nastraja do spacerów po parku czy jedzenia pyszności w kawiarnianych ogródkach. Zupełnie przypadkiem zeszłej zimy napisało do mnie paru zarządców lokalnych wyciągów, którzy w zamian za promocję ich obiektów proponowali mi to i owo, ale mimo iż lepiej sprzedać siebie niż sprzedać kogoś to jakoś byłoby poniżej mojej godności gdybym wychwalał jakiś ośrodek, który mi płaci, a jednocześnie jeździłbym na innym. Był więc plan taki żeby pisać o wszystkich zachwalając ich zalety, ale to byłoby nieuczciwe bo wszyscy płacić nie chcieli, a o każdym pisałbym równie dobrze. Zrobiłem więc sobie "risercz" żeby wybrać jeden obiekt, z którym mógłbym się identyfikować, ale dostałem mętlik w głowie bo gdzieś jest najdłuższa trasa, ktoś inny ma największy parking, jeszcze w innym miejscu najdłużej trzyma się śnieg, kolejny ośrodek ma najniższe ceny, a pozostali też się zawsze czymś wyróżniają. Kogo więc wybrać?


   Wybór padł na Skolnity nie bez powodu. Ten wyciąg nie ma długiej tradycji bo jest jednym z najmłodszych tego typu obiektów w naszej okolicy, ale jego krótka póki co historia życia to już dziś są niemal owiane legendą opowieści o wielkich staraniach, ciężkiej pracy, walce z przeciwnościami losu i pokonywaniu biurokratycznych barier, które przecież zna każdy z nas kto chciał postawić garaż albo przebudować balkon w domku na działce, nie wspominając nawet o tak wielkim przedsięwzięciu jak wycięcie fragmentu lasu, zatrzymanie osuwiska, wyrównanie gruntu pod parkingi, postawienie wyciągu kanapowego, systemów naśnieżania, lokali gastronomicznych, zakup ratraków i innego specjalistycznego sprzętu, skompletowanie załogi pracowniczej, a później jeszcze cały marketing i utrzymanie obiektu w takim stanie żeby warunki korzystania z niego były zgodne ze standardami jakich oczekują narciarze i snowboardziści.


   Od początku trzymałem kciuki za ten obiekt bo jego lokalizacja przy samym centrum Wisły była wręcz wyśnionym miejscem na taką atrakcję, ale też od samego początku dochodziły do mnie różne wieści o schodach jakie trzeba było pokonywać i przyznam, że większość osób jakie znam już dawno by się poddało i do realizacji całego przedsięwzięcia by nie doszło. Tutaj jednak chyba trudności działały inaczej i jeszcze bardziej mobilizowały do działania dzięki czemu wyciąg w końcu udało się parę lat temu uruchomić. Wtedy też przyszła ta zima, która wyglądała jak jesień, zamiast śniegu padał deszcz, temperatury były wysokie, a kuligi organizowano w Wiśle na wozach z kołami. Co więcej dwie kolejne zimy wyglądały tak samo, a pracownikom trzeba było płacić, kredyty spłacać i inwestować dalej bo przecież w dzisiejszych czasach stać w miejscu to tak jakby się cofać. Ja bym się pobeczał, wyrzucił telefon do rzeki i wyjechał na stałe na Kubę, ale tutaj znowu nikt się nie poddawał i obiekt cały czas modernizowano, w każdym możliwym dniu starano się dośnieżać żeby udostępniać trasy narciarzom, w sezonie letnim też starano się uatrakcyjnić wizyty w tym miejscu wszystkim pojawiającym się tam gościom i tym sposobem znowu udało się przejść trudny czas i dotrwać do pierwszej konkretnej zimy, a rok później do drugiej i chyba w tym roku już trzeciej, nie wiem dokładnie, mylą mi się jakoś te lata.


   Tak czy inaczej wyciąg i cała infrastruktura wokół niego są bardzo nowoczesne, trasy zjazdowe bardzo dobrze przygotowane, miejsc parkingowych wystarczająco, obsługa pomocna, a zarówno na górze jak i na dole wyciągu można też odpocząć na chwilę od białego szaleństwa i zaszyć się na moment w ciepłym pomieszczeniu popijając tradycyjną "herbatkę z cukrem i bez cytrynki" czy jak tam kto lubi. Oczywiście są też inne rzeczy do picia i do jedzenia, a w tym dolnym lokalu jest nawet pizza z pieca opalanego drewnem. Ogólnie cały obiekt powinien spełniać wszelkie normy jakich oczekujemy w Beskidach, a z tego co słyszałem to są też plany na dalszą rozbudowę i ulepszenia więc uznałem, że właśnie temu miejscu należy robić dobrą opinię w sieci aby działającej tu ekipie nie zabrakło zapału i motywacji do dalszego działania.


   Tymczasem w Wiśle dobrze się dzieje od jakiegoś czasu. Kiedy w innych miejscowościach kandydaci na burmistrza dyskutowali przed drugą turą wyborów kto złamał ciszę wyborczą, a kto nie, to tutaj w Wiśle w tym samym czasie na teren basenu miejskiego wjeżdżał sprzęt budowlany żeby do najbliższych wakacji ten zaniedbany obiekt mógł zabłysnąć dawnym blaskiem i przyjąć plażowiczów. Nowego lśnienia nabiera także dworzec kolejowy, a niebawem ma ponoć ruszyć budowa tunelu dla pieszych pod główną drogą w Wiśle oraz prace mające na celu przebudować i poszerzyć drogę dojazdową do miasta od strony Ustronia. Tematów do pisania jest więc sporo, a aura pogodowa sprzyja opowieściom o miejscowościach narciarskich więc na dniach możecie się spodziewać obszernej recenzji wyciągu Skolnity, który od tego sezonu działa wraz z kilkoma innymi obiektami narciarskimi w Polsce w ramach jednej grupy z pingwinem w logo, a przez najbliższe miesiące co jakiś czas pojawiać się będą informacje o panujących tam warunkach, planowanych promocjach i imprezach oraz o wszelkich innych plotkach ze stoku przeplatanych również plotkami z miasta Wisła.

   Skontaktowałem się też z właścicielem wyciągu bo nie był on jedną z tych osób, które namawiały mnie do promowania jego obiektu, ale oczywiście moją propozycję przyjął z zadowoleniem i dogadaliśmy się w ten sposób, że w zamian za sympatyzowanie z tym obiektem będę mógł tam na dobrych warunkach zrobić imprezę promującą BC43400 na początku marca. Jeśli więc jeździcie na nartach albo na desce i nie macie swoich nawyków co do odwiedzanych stoków to szczerze polecam to miejsce, a jak uda wam się zrobić tam jakieś dobre zdjęcia to śmiało możecie mi przesłać, chętnie je wykorzystam, w końcu jest tam przecież chyba najpiękniejszy widok na centrum Wisły.
 

 

poniedziałek, 7 stycznia 2019

KFC W CIESZYNIE (TZN. W GUMNACH I OGRODZONEJ)


   Jakieś niecałe dwa lata temu inna amerykańska sieć barów szybkiej obsługi dla przekory nazywanych "restauracja" otworzyła w Cieszynie za cmentarzem swój lokal, na temat którego napisałem wtedy trzy świetne i błyskotliwe, ale też bardzo szydercze i pogardliwe artykuły. Kto nie czytał niech sobie pogrzebie w archiwum bloga i je znajdzie (mógłbym tu wstawić link, ale niby po co mam wam ułatwiać zadanie), a kto czytał ten pewnie otwierając ten tekst pomyślał sobie, że w stronę największego na świecie kurczakowego imperium również będę sączył jad nienawiści ubrany w zbudowane z wysublimowanego słownictwa prymitywne kpiny. Nic bardziej mylnego, to będzie tekst sentymentalny i nostalgiczny, a do bywania i jadania w KFC nie zamierzam nikogo zniechęcać.


   Harald Sanders zwany pułkownikiem w roku 1930 w wieku 40 lat w miejscowości Corbin w stanie Kentucky zaczął sprzedawać przygotowywane przez siebie dania z kurczaka i nawet przez myśl mu nie przeszło, że prawie 90 lat później jego produkty będzie można nabyć w Gumnach i w Ogrodzonej, w samym sercu Księstwa Cieszyńskiego. Nie doczekał też tego dnia bo w 1980 roku w wieku 90 lat zmarł na zapalenie płuc. Na szczęście jednak jego dzieło jest nadal kontynuowane i my mamy to szczęście, że możemy już kupować od kilku dni te wszystkie pyszności w lokalach we wspomnianych wcześniej lokalizacjach.


   Z kręcącą się w oku łezką wspominam tą noc kiedy z Cieszyna do Bielska nie było jeszcze dwupasmówki i trzeba było jeździć starą drogą, a ja jako młody kierowca miałem wtedy w użyciu swój pierwszy samochód, którym nie mogło być nic innego jak wyprodukowany w FSM w Bielsku Fiat 126p. Bawiłem się tego wieczoru w ekskluzywnym pubie "69 Jazz Club" w towarzystwie chłopaków z zespołu Kaliber 44 i innych znanych katowickich rapperów gdy nagle zadzwonił mój telefon co nie było czymś normalnym bo komórki mieli w tych czasach tylko wybrani. Dzwonił mój kolega mieszkający w Gumnach i powiedział, że jego rodzice wyjechali i zrobił imprezę, jest dużo osób i generalnie wszyscy jadą po bandzie więc jak chcemy przyjechać to mamy kupić wódkę i coś tam jeszcze. Zebrałem więc pięć osób do Malucha i ruszyliśmy w drogę kupując wcześniej od jednego z chłopaków coś tam jeszcze, a zakup wódki planując na jakieś miejsce po drodze bo wiadomo, w sklepie taniej niż w barze, a pieniążek to rzecz ważna nawet jak jest się bananowcem.

   Żeby nie było tak łatwo to w nocy spadł pierwszy śnieg co zaskoczyło drogowców, a dla mnie stanowiło wyzwanie bo na letnich oponach nie jeździ się wcale łatwo po śliskiej nawierzchni co wiedział każdy kto pamiętał wypadek Bublewicza. No ale imprezka to jednak priorytet więc trzeba było gnać jak szatan tylko jak już byliśmy w Goleszowie to jadąca z nami córka wysokiego oficera policji w Katowicach powiedziała, że jak nas złapią to ona nie wie czy jakoś będzie to potrafiła ogarnąć jednym telefonem. Dla zmylenia wroga postanowiłem więc skręcić z głównej drogi i jechać przez Godziszów i Kisielów. To była masakra, śniegu sporo, o pługu można zapomnieć, pięć osób w Maluchu to ciasno i szyby zaparowane więc trzeba otworzyć okno, a tam zimno, światła robią widok rodem z Gwiezdnych Wojen, ale drogę oświetlają słabo, wycieraczki nie wyrabiają, ale jakimś cudem nagle naszym oczom ukazał się wysoki słup, na którym świeciła się wielka błękitna tablica z napisem ARAL. Nie miałem zielonego pojęcia, że za 20 lat w tym miejscu powstanie KFC, ale wysiadając z samochodu i idąc po te kilka flaszek postanowiłem, że dalej idziemy piechotą, a jak kolega się mnie zapytał czy rano będzie mi się chciało tu wracać to odpowiedziałem mu tak "Zawsze będzie mi się chciało tu wracać". Było kilka minut po północy, a dokładnie o północy otworzyli wtedy tą stację, która kilka lat później zmieniła nazwę na BP. Byliśmy więc absolutnie pierwszymi klientami tego miejsca, a pierwszą zaksięgowaną sprzedażą było paliwo, ale nie do samochodu.


   Mijały lata, powstała dwupasmówka, a po jej drugiej stronie bliźniacza stacja dla kierowców jadących w przeciwnym kierunku, niestety na skutek jakiś idiotycznych przepisów dojazd do stacji od strony starej drogi zablokowano betonowymi zaporami co uniemożliwiło wjazd. Jak Księstwo Cieszyńskie będzie niepodległym państwem to oczywiście będą inne przepisy i będziemy mogli wjeżdżać na tą stację z obu stron, ale póki co musimy sobie jakoś radzić więc dla osób chętnych do zrobienia zakupów na stacji powstał obok tych betonowych szykan taki mini parking gdzie można zostawić auto i wydeptaną ścieżką podejść do działającego przy stacji sklepu, kantoru, toalety czy baru.


   No właśnie, bar, bo przecież o tym miał być ten tekst. Stacja jakoś nie miała nigdy specjalnego szczęścia do gastronomii, były tam co prawda jakieś lokale, których nazwy nie warto już wspominać, ale mimo iż parę razy tam jadłem to nic tam dla mnie szału nigdy nie zrobiło i nie przypominam sobie żeby ktoś ze znajomych z jakimś specjalnym entuzjazmem to miejsce wychwalał. Dlatego tym bardziej ucieszyłem się jak parę miesięcy temu usłyszałem plotkę, że powstaje tam KFC, a podpytana przeze mnie jedna ze sprzedawczyń na stacji potwierdziła to.


   No i stało się, piękny rok 2018 zakończył się jak zwykle wielkim pijaństwem i płaczem piesków, a na jego miejsce przyszedł jeszcze piękniejszy rok 2019 budząc w ludziach nadzieje, że schudną, wreszcie sobie kogoś znajdą, nie będą oszukiwać szefa w pracy, a ze starymi przyjaciółmi odnowią kontakt, może nawet w przypływie samoogarnięcia uda się wyskoczyć na jakieś piwo z tym sympatycznym nowym kumplem, który już od dłuższego czasu proponuje i namawia, ale jednak kanapa, stary dres i nowy sezon Gry o Tron były póki co silniejsze. Z nowym rokiem otwarto również KFC, może nie z takim hukiem jak dwa lata temu Mak Kwaka albo dwa miesiące temu ten pawilon handlowy przez przekorę nazywany galerią, ale za to od razu dwa lokale, po jednym po każdej stronie ekspresówki.


   Podobno każdy z nich kosztował cztery miliony złotych więc trzeba będzie tam często jeździć żeby im się zwróciło. Plotka głosi, że mieli plan żeby otworzyć to później, ale remont poszedł szybciej niż ktokolwiek się spodziewał i w ten sposób otwierając lokal nie zdążyli przeprowadzić przewidzianych działań marketingowych ani odpowiedniego naboru pracowników w związku z czym poza szyldem nad drzwiami ciężko jest znaleźć gdziekolwiek reklamy czy informacje o otwarciu tego prestiżowego miejsca, a większość ludzi za ladą to ponoć przyjezdni z Kielc, Radomia i innych miejscowości, którzy mają to rozkręcić i pociągnąć aż skompletuje się lokalna załoga.


   Ja jako student pierwszego roku etnologii postanowiłem sprawdzić jak kultura walczącego w wojnie secesyjnej po stronie Unii niewolniczego południowego stanu Kentucky przyjmuje się u nas i będąc lekko przeziębionym zrezygnowałem dzisiaj z zajęć wf-u udając się z koleżanką i kolegą z grupy na lunch zjeść zestaw Zingera i kilka Hot Wingsów. Powiem wam, że wejść nie było łatwo, po przejściu wspomnianą już wcześniej wydeptaną ścieżką trzeba było wejść od tyłu od strony budowy, a my przeszliśmy do wejścia głównego gdzie czekała na nas gra w podchody przygotowana przez kogoś kto pewnie tęskni za czasami harcerstwa, ale wierzę, że za parę dni drzwi już będą naprawione i będzie można wchodzić od frontu.


   Reasumując, niezależnie od tego jak bardzo kocham kultowy Bar "Kurczak" na Górnym Rynku i z jakim sentymentem wspominam Bar "Złoty Kogut" na Śrutarskiej, niezależnie też od tego jak bardzo nie znoszę dominacji świata przez ponadnarodowe koncerny, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie to punkt, który odwiedzać będę regularnie przynajmniej przez najbliższe kilka lat i nawet Pamela Anderson kręcąc kolejne filmiki demaskujące jak traktowane są kurczaki w hodowlach dla tej sieci, ani też cieszyńscy samorządowcy tłumaczący mi osobiście, że nie jest to zdrowa dieta, nie są w stanie wyperswadować mi żebym przestał poddawać się pokusie jaka ciągnie mnie do tej jedynej w swoim rodzaju chrupiącej panierki. Może kiedyś zrezygnuję z tego jak już rzucę mięso, ale póki co to jedynie czasami rzucam mięsem. Jeśli macie podobnie to do zobaczenia w kolejce po zamówienie.

   P.S. Jak ktoś mi wypomni, że robię lokalowi reklamę i pewnie mi za to zapłacili to przyznaję się, że w maju 2017 jak wróciłem z wycieczki do Irlandii i resztkę złotówek wydałem na pendolino z Warszawy do Katowic to poszedłem do KFC na drugim piętrze pawilonu handlowego zwanego Galerią Katowicką i zamówiłem zestaw zapominając, że zostały mi już tylko banknoty euro. Sprzedawca zawołał wtedy managera, a ja zapytałem się go czy mogę zapłacić w euro albo czy wie gdzie jest najbliższy kantor. On popatrzył na moje bagaże i powiedział, że jeśli jestem w podróży to tym razem mam za darmo. Fajny gest więc poczułem dług wdzięczności.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

ŻYCZENIA NOWOROCZNE


   Chciałem pisać jakieś podsumowania o zmianach jakie zaszły w 2018 i planach na rok następny, ale pomyślałem, że w ferworze dzisiejszych obowiązków, robienia zakupów jakby co najmniej pół roku miały być sklepy nieczynne, szykowaniu arsenału petard bądź uspokajaniu swojego pieska, przygotowywaniu się do kłótni o to czy Owsiak to złodziej czy dobrodziej, prasowaniu koszuli i psikaniu się brokatem nie będzie specjalnie interesowało Cię ile dziur w drodze nowa pani burmistrz obiecała załatać, a ile jest realne, że załata. Uznałem więc, że lepiej będzie skupić się na emocjonalnej, sentymentalnej refleksji o tej niepowtarzalnej i jedynej w roku nocy na tle codziennego życia w dzisiejszych czasach.

Masz już zapewne opłaconą wejściówkę dla dwóch osób i wraz ze znajomymi zarezerwowany stolik w najmodniejszym lokalu w jednej z okolicznych miejscowości, udało Ci się też pewnie kupić w CCC super fancy szpilki za 120zł, w których wyglądasz jak gwiazda filmowa na gali rozdania Oscarów czy innych Złotych Globów. Ślub Twojej najlepszej psiapsi był na tyle dawno, że nikt nie powinien rozpoznać dzisiaj kiecki, którą wtedy na sobie miałaś, wyciągasz więc ją teraz najgłębszego zakamarka szafy, wciągasz brzuch, sprawdzasz czy w nią wejdziesz i na Twojej twarzy pojawia się uśmiech. Udało się, na szczęście, ciągle dajesz radę, te młode siksy będą patrzeć z zazdrością. Teraz tylko włożyć do push-up'a większe wkładki niż zwykle, spędzić tradycyjne trzy godziny przed lustrem, porobić się lekko białym półsłodkim na rozgrzewkę i jesteś ready do wyjścia.

Pół godziny przed północą będziesz już lekko napierdolona więc nabierzesz odwagi żeby zabrać swoją psiapsię na rytualny babski wypad do kibla gdzie strzelicie sobie przed lustrem sweet selfiaczka z butelką ruskoje igristoje w dłoni i z uśmiechami mówiącymi "bierzcie nas chłopaki bo życie to bal". Potem wrzucicie to tylko na story, na fejsa, na snapa, na insta i na co tam jeszcze chcecie, oznaczycie się, przyspotujecie, wrzucicie hasztagi i niech się świat ślini, a wy tymczasem jebniecie sobie po kresce taniej fetki, poprawicie majtki i makijaż, zgubicie w tym kiblu kolczyk, błyszczyk i resztki godności, a potem natychmiast wyruszycie niczym modelki po wybiegu prosto do swojego stolika gdzie czekać będą już zapewne kolejne schłodzone butelki z napisem "Żubrówka Biała" i stęskniony już pewnie za Tobą Twój obecny facet, dla którego tak jak dla Ciebie liczą się dzisiaj tylko Twoje tipsy, umalowane rzęsy, majtki z paskiem w dupie i proste pieprzenie.

Wybije północ, wyjdziecie spoceni na pole żeby się trochę przeziębić, wylać na siebie to tanie wino musujące, popatrzeć jak ktoś nieudolnie odpala fajerwerki, a ktoś inny w tym czasie daje komuś po ryju, rozdzielić ich szybko bo to przecież nie czas na bójki, życzyć każdemu wszystkiego najlepszego, potajemnie przelizać się ze swoim byłym i wrócić do środka się bawić bo tu zimno.

Nikt nie będzie miał tej nocy ochoty pamiętać, że gdzieś tam daleko jest prawdziwe życie i prawdziwy świat, w którym na imprezę jedzie się żółtą taksówką, a nie Wispolem, gdzie wódki nie zamawia się na butelki bo to obciach, gdzie na butelkach szampana jest napisane Champagne, a szpilki kosztują 2000€. Rano i tak przecież wstaniesz w południe na kacu i pójdziesz do lodówki, wypijesz na szybko browara na hejnał i chwycisz za telefon żeby zachrypniętym głosem zamówić pizzę z kurczakiem i ananasem na grubym cieście. Odpalisz Netflixa, połkniesz trzy ibupromy i zawiniesz się w koc żeby jakoś wydobrzeć bo na następny dzień znowu trzeba iść do roboty, przecież kredyt sam się nie spłaci, a marzenia trzeba spełniać żeby była od Twojego faceta miała ból dupy jak zobaczy foty. Może nawet zaciążysz w tym roku, pójdziesz na macierzyńskie, przytulisz 500+, a on w końcu zrezygnuje z meczy i piwa z kumplami, weźmie nadgodziny albo jakieś fuszki i jakoś uda się to wszystko do kupy posklejać czego z całego serca Ci życzę w nadchodzącym 2019 roku.

   Jeśli zaś nie jesteś osobą z tej opowieści to baw się dzisiaj w najlepsze, miej się przez cały rok pysznie, nie trać poczucia humoru i wiary w siebie, żyj zdrowo, kochaj innych i nie zapominaj czasami poczytać tych głupot, które będę wypisywał na Twojej ulubionej stronie BESKIT CIESZYŃSKI 43400. Dosiego!!!!!

P.S. Pamiętaj koleżanko i kolego, W ŻADNYM WYPADKU NIE PODNOŚ Z ZIEMI NIEDOPALONYCH PETARD BO LICHO NIE ŚPI!!!!!